Kolejna wojna na Bliskim Wschodzie zbiera swoje tragiczne żniwo. Coraz bardziej dramatyczne wiadomości docierają z Libanu – kraju, który od lat zmaga się z kryzysem gospodarczym i społecznym, a dziś ponownie staje się miejscem strachu, zniszczenia i masowych ucieczek ludności. Bomby spadają na miasta i wsie, a tysiące rodzin w pośpiechu opuszczają swoje domy, uciekając przed ostrzałem.
Setki tysięcy Libańczyków uciekło ze swoich domów po nasilonych nalotach Izraela na Bejrut i południe kraju w pierwszych dniach marca. Jak podaje Caritas, liczba wewnętrznych przesiedleńców po zaledwie kilku dniach wynosi ponad pół miliona osób. To ogromna skala kryzysu humanitarnego w państwie liczącym około 4,5 miliona mieszkańców, które w ostatnich latach przyjęło blisko dwa miliony uchodźców z ogarniętej wojną domową Syrii. Dziś Liban – sam już osłabiony wieloletnim kryzysem – ponownie staje się miejscem dramatu cywilów.
Izrael tłumaczy bombardowania koniecznością walki z bojownikami Hezbollahu. Jednak w rzeczywistości największą cenę płacą zwykli ludzie – mieszkańcy wsi i miast, rodziny z dziećmi, starsi, którzy nie mają dokąd uciec. To oni tracą domy, dorobek życia i poczucie bezpieczeństwa. W wielu miastach szkoły i kościoły zamieniono w miejsce schronienia dla uciekających z południa kraju.
Dramatycznym symbolem tej tragedii jest śmierć maronickiego kapłana, ks. Pierre’a Ar-Rahiego, proboszcza z wioski Qlayaa położonej w południowym Libanie. Zginął podczas izraelskiego ataku, gdy próbował pomóc rannemu parafianinowi. Kilka dni wcześniej mówił: „Zdecydowaliśmy się pozostać tutaj pomimo niebezpieczeństwa, ponieważ to są nasze domy. Nie pozwolimy nikomu wejść do naszej wioski i wykorzystać jej do jakichkolwiek celów. Nikt z nas nie nosi broni. Jedyną bronią, jaką posiadamy, jest pokój, dobroć i miłość”. Nie chciał opuścić swoich parafian. Jego śmierć jest przejmującym przypomnieniem, jak wysoką cenę płacą ludzie, którzy nie mają broni i nie uczestniczą w działaniach wojennych. Wśród ofiar są także najmłodsi. Według władz libańskich do tej pory zginęło już co najmniej 83 dzieci.
Jeszcze kilka miesięcy temu wielu mieszkańców Libanu walczyło po prostu o przetrwanie zimy. W ramach projektu „Pomoc dla Ziemi Świętej” staraliśmy się wspierać najuboższe rodziny, dostarczając im opał, żywność i podstawowe środki do życia. Pomoc ta dotarła bezpośrednio do potrzebujących dzięki zaangażowaniu lokalnych społeczności oraz koordynacji prowadzonej przez ks. prof. Waldemara Cisło z Fundacji Przyjaciel Misji. Na pomoc potrzebującym w przetrwaniu zimy przekazaliśmy 40 tysięcy złotych.
Jednak potrzeba pomocy wcale nie minęła – nowa fala przemocy sprawiła, że tysiące ludzi znów zostało zmuszonych do ucieczki. Wielu z nich nie ma już dokąd wrócić. Ich domy zostały zniszczone albo znajdują się w rejonach objętych walkami. Rodziny nocują w prowizorycznych schronieniach, w szkołach, kościołach, u krewnych lub pod gołym niebem.
Dlatego nasz projekt „Pomoc dla Ziemi Świętej” nie skończył się wraz z zimą. Ain Ebel, wieś położona w południowym Libanie, zamieszkana głównie przez chrześcijan (maronitów i melchitów), ma bogatą historię sięgającą czasów starożytnych i ważne znaczenie dla dziedzictwa chrześcijańskiego regionu. Pomimo ostrzałów pobliskich terenów 370 rodzin (około 1100 osób) zdecydowało się tam pozostać, podczas gdy około 80 rodzin opuściło miejscowość.
Obecnie mieszkańcy Ain Ebel mierzą się z rosnącym ubóstwem i bezrobociem. Mają trudności z zaspokojeniem podstawowych potrzeb, takich jak żywność i ogrzewanie, a dostęp do opieki zdrowotnej jest poważnie ograniczony. Brakuje leków, a zniszczenia infrastruktury powodują niestabilne dostawy energii elektrycznej i wody.
We współpracy z Archidiecezją Maronicką Antelias w Libanie, planujemy dostarczyć mieszkańcom Ain Ebel:
- 380 naładowanych lamp elektrycznych (koszt jednej to 30 złotych),
- 6 ton paliwa (5 000 złotych za tonę; zapotrzebowanie: 6 ton co 15 dni),
- leki o wartości 3 900 złotych miesięcznie.
W Libanie, który tradycyjnie uważany jest za ostoję chrześcijaństwa na Bliskim Wschodzie, w ostatnim stuleciu odnotowano spadek liczby chrześcijan z 77,5% do 34,3%. Jeśli ten proces będzie postępował, istnieje realne ryzyko, że w miejscach związanych z początkami chrześcijaństwa zabraknie tych, którzy od pokoleń podtrzymywali tam wiarę i tradycję.
Dlatego tak ważne jest dziś wsparcie dla ludzi, którzy mimo wszystko chcą pozostać w swoich domach. Pomagając im przetrwać najtrudniejszy czas, pomagamy ocalić nie tylko konkretne ludzkie życie, ale także wspólnoty i dziedzictwo tej części świata.

