16 Czerwca Misje
Nie chcemy być tylko kolejnym nagłówkiem w mediach

Minęło już ponad 100 dni od rozpoczęcia izraelskiej ofensywy na południu Libanu. Była ona odpowiedzią na działania Hezbollahu – wspieranej przez Iran szyickiej organizacji polityczno-wojskowej, zaangażowanej w trwający od końca lutego konflikt między Iranem a Stanami Zjednoczonymi.


Szybka eskalacja walk doprowadziła do masowych przesiedleń ludności. Szacuje się, że swoje domy musiało opuścić blisko milion osób z południa kraju. To właśnie tam znajdują się główne wpływy Hezbollahu, a wiele miast i wiosek stało się obszarem działań wojennych.

Mimo zagrożenia część mieszkańców chrześcijańskich miejscowości położonych przy granicy z Izraelem odmówiła opuszczenia swoich domów. Obawiali się, że jeśli wyjadą, mogą już nigdy nie wrócić do swoich rodzinnych miejscowości.

Jedną z nich jest Ain Ebel – chrześcijańskie miasteczko położone zaledwie siedem kilometrów od granicy libańsko-izraelskiej. Trwający konflikt doprowadził do poważnych problemów z dostępem do podstawowych środków niezbędnych do życia: energii elektrycznej, wody, leków i innych artykułów pierwszej potrzeby.

W odpowiedzi na prośby mieszkańców o pomoc włączyliśmy Ain Ebel do naszego projektu „Pomoc dla Ziemi Świętej”.

Ostatnie dni przyniosły sygnały o możliwej stabilizacji sytuacji na południu Libanu (stan na 16.06.2026). Do niektórych miejscowości stopniowo wracają mieszkańcy, jednak sytuacja nadal pozostaje niestabilna. Jeszcze 11 czerwca konwój humanitarny organizowany przez nuncjusza apostolskiego w Libanie, abpa Paolo Borgię, zmierzający do chrześcijańskich miejscowości na południu kraju, został zmuszony do zmiany trasy z powodu działań zbrojnych prowadzonych w rejonie przygranicznym.

O sytuacji mieszkańców Ain Ebel oraz o nadziejach na trwały pokój w ojczyźnie św. Szarbela – kraju od lat zmagającym się z kryzysami politycznymi, gospodarczymi i społecznymi, a także skutkami konfliktów toczących się w całym regionie Bliskiego Wschodu – rozmawiamy z Edgarem Barakatem oraz Josephem Atmehem.


Marta Czajka: Na początek powiedzcie proszę kilka słów o sobie.
Edgar Barakat: Pochodzę z Ain Ebel, choć mieszkam w Bejrucie. Jestem emerytowanym profesorem uniwersyteckim i działam jako wolontariusz w komórce kryzysowej, wspierając naszych ludzi w ich wysiłkach, by przetrwać i utrzymać się w naszej wiosce na południu Libanu.
Joseph Atmeh: Ja również pochodzę z Ain Ebel. Reprezentuję Klub Młodzieżowy Ain Ebel. Obecnie mieszkam i pracuję w Bejrucie, ale całe moje dzieciństwo związane jest z Ain Ebel. Przed wojną odwiedzaliśmy je praktycznie co tydzień. Kiedy zaczęła się wojna, byłem tam razem z Edgarem (wojna wybuchła 2.03.2026 – przyp. red.). Wyjechaliśmy wtedy do Bejrutu i od tamtej pory nie mogliśmy wrócić do Ain Ebel. To już ponad 100 dni.

Jak opisalibyście Ain Ebel?
E.B.: Ain Ebel to chrześcijańska libańska wioska w okręgu Bint Jbeil w prowincji Nabatieh, położona około 120 km na południe od Bejrutu, kilka kilometrów od granicy z Izraelem. Znajduje się w regionie Górnej Galilei w południowym Libanie, na wysokości 720–850 metrów n.p.m., na pagórkowatym terenie otoczonym chrześcijańskim miastami takimi jak i Rmeish czy Debel, a także szyickimi miejscowościami. Liczba mieszkańców Ain Ebel zmienia się w zależności od pory roku. Zimą mieszka tam około 2500–3000 osób, ale latem liczba mieszkańców się podwaja. Najwięcej ludzi wraca w połowie sierpnia, na święto Matki Bożej. To bardzo ważne wydarzenie dla całej społeczności.
J.A: Jesteśmy zasadniczo społecznością rolniczą, znaną przede wszystkim z uprawy oliwek. Mamy jedną z najstarszych szkół w regionie, założoną przez Jezuitów w połowie XIX wieku. Ludzie pracują także w sektorze publicznym, prowadzimy hotele, restauracje. Bardzo ważne jest jednak wsparcie naszej diaspory – ludzi, którzy wyjechali z Ain Ebel, ale nadal pomagają swojej miejscowości.


A jacy są mieszkańcy Ain Ebel?
E.B.: To społeczność bardzo nastawiona na edukację. Większość młodych ludzi decyduje się na studia wyższe. Wielu później wyjeżdża do pracy w krajach Zatoki Perskiej, szczególnie do Dubaju, gdzie pracują w bankowości i sektorze prywatnym. To zresztą dobrze oddaje sytuację całego Libanu – wysoko wykształceni ludzie często nie znajdują tutaj odpowiednich możliwości zawodowych i niestety emigrują.

Kiedy oglądałam zdjęcia z Ain Ebel, widziałam na nich ludzi w każdym wieku.
E.B.: Tak właśnie jest. Nasza szkoła katolicka Najświętszego Serca ma ogromną renomę, a lista oczekujących jest długa. Wielu uczniów przyjeżdża z okolicznych miejscowości, także szyickich. Edukacja jest jednym z powodów, dla których ludzie chcą tam mieszkać. Oczywiście, kiedy dzieci idą na studia, rodziny często przeprowadzają się do Bejrutu. Ale życie w Ain Ebel jest prężne. Są sklepy, apteki, szpital, przychodnia, hotele, tłocznia oliwy. Produkujemy miód, dżemy, oliwę z oliwek. To niewielka, ale żywo funkcjonująca lokalna gospodarka.

Używacie słowa „wioska” (village), ale ono w języku polskim nie oddaje tego, co opisujecie.
E.B.: Ain Ebel to miasteczko, którego mieszkańcy wciąż prowadzą częściowo rolniczy tryb życia. Niektórzy z nas, ci bardziej tradycyjni, uwielbiają nazywać swoje miasteczko wioską, bo panuje tu ta stara mentalność wspólnego życia i wspierania się nawzajem.

Porozmawiajmy o obecnej sytuacji. Czy byliście przygotowani na to, co wydarzyło się na początku marca?
J.A: Od 2024 roku panowała bardzo napięta atmosfera (w 2024 roku Liban przeżył najpoważniejszą od 2006 roku eskalację konfliktu zbrojnego pomiędzy Izraelem a Hezbollahem, który doprowadził do tysięcy ofiar oraz masowych zniszczeń, szczególnie na południu kraju i w rejonie Bejrutu – przyp. red.). W mediach mówiło się o zawieszeniu broni, ale ono nigdy nie było pełne. Strzały padały cały czas. Spodziewaliśmy się, że coś się wydarzy. Sami byliśmy w Ain Ebel tej nocy, kiedy wszystko się zaczęło. Przyjechaliśmy przycinać drzewa oliwne i pracować w gajach. Mieliśmy zostać pięć dni. Wiedzieliśmy, że sytuacja jest niebezpieczna, ale do pewnego stopnia byliśmy już do tego przyzwyczajeni. Tym razem jednak wszystko wydarzyło się niezwykle szybko i intensywnie. To był szok dla wszystkich.

Czy macie kontakt z mieszkańcami Ain Ebel?
E.B.: Każdego dnia dzwonimy do siebie i pytamy: „Czy wszystko w porządku? Czy możemy wysłać żywność? Czy możemy dostarczyć paliwo?”. To są dziś nasze podstawowe rozmowy. To bardzo skomplikowana kwestia geopolityczna. My skupiamy się przede wszystkim na przetrwaniu ludzi. Są okresy, gdy tygodniami nie możemy dostarczać żadnej pomocy do Ain Ebel. Ludzie nie mają prądu. Dlatego potrzebują paliwa do jego generowania – nie tylko po to, by mieć światło, ale też żeby pompować wodę ze studni. Przez całą noc działają generatory, aby ludzie się nie bali. I aby bojownicy nie weszli do wioski. To są podstawy przetrwania.

Izrael uzasadnia swoje działania walką z Hezbollahem – dlaczego Ain Ebel znalazło się w centrum walk?
E.B.: W chrześcijańskich wioskach nie ma bojowników Hezbollahu, ani nawet ich zwolenników. Taką obecność można zaobserwować w okolicznych wioskach szyickich w pobliżu Ain Ebel i na sąsiednich terenach. To nie jest nasza wojna – nie bierzemy w niej udziału. Lednak ponieważ znajdujemy się w regionie mieszanym i graniczymy z kilkoma wioskami o większości szyickiej – takimi jak Bint Jbeil i Hanine – a także ponieważ walki tam są niezwykle intensywne, odczuwamy to bardzo dotkliwie. Nasza wioska góruje nad tymi obszarami, w związku z czym bezpośrednio odczuwamy skutki walk, a pociski i bomby spadają na Ain Ebel codziennie.

Czyli istnieje możliwości dostarczania pomocy humanitarnej do Ain Ebel?
J.A: Teoretycznie tak, ale w praktyce nadal czekamy na pozwolenia. Po 2024 roku powstał mechanizm współpracy między Libanem, Stanami Zjednoczonymi, Izraelem, Francją i UNIFIL (ang. United Nations Interim Force in Lebanon – Tymczasowe Siły Pokojowe Organizacji Narodów Zjednoczonych w Libanie – przyp. red.). Każdy konwój musi otrzymać zgodę. Współpracujemy z organizacjami takimi jak Caritas czy Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Po prostu zbieramy potrzebne rzeczy i czekamy, aż będzie można je przewieźć.


pomagam chrześcijanom z ain ebel

Czy Ain Ebel jest obecnie odcięte od reszty Libanu?
J.A: Tak. Żeby dostać się do Ain Ebel, trzeba przejechać przez obszary kontrolowane przez Izraelczyków. Armia libańska została wycofana z południowego Libanu. Podobnie międzynarodowe siły ONZ. Sytuacja wciąż jest więc krytyczna. W tej chwili Ain Ebel jest odcięte od reszty Libanu, choć formalnie nie znajduje się pod izraelską okupacją.

Czy mieszkańcy mogą wyjechać, jeśli chcą?
E.B.: Tak, ale to bardzo trudna decyzja. Wyjeżdżają przede wszystkim osoby chore, kobiety w ciąży, rodziny z małymi dziećmi. Wielu ludzi jednak chce zostać. Po doświadczeniach z 2024 roku wielu obawia się, że jeśli opuszczą swoje domy, mogą już nigdy do nich nie wrócić. W Ain Ebel ciągle pozostaje ponad 1200 osób.

To bardzo silne poczucie przywiązania do ziemi. Z jednej strony pozostanie tam wymaga odwagi – nie wiadomo, co się może wydarzyć. Z drugiej jednak strony, to ziemia przodków. Ziemia, którą kochasz…
E.B.: Tak. Myślę, że łączy nas z Polską wiele rzeczy – nie tylko wiara, ale także to, że znajdujemy się na granicach obszaru o wysokim napięciu. To naprawdę kształtuje człowieka i zmienia go. Wielu młodych ludzi mogłoby spokojnie żyć w Bejrucie, ale oni mówią: „Nie, zostaniemy tutaj”. Bardzo to podziwiamy.

To może brzmieć strasznie, ale czy możemy powiedzieć, że mieszkańcy Ain Ebel są wręcz przyzwyczajeni do życia w zagrożeniu?
J.A: Od 2006 roku słyszymy drony nad naszymi głowami. Dla wielu ludzi na świecie to coś nowego, ale dla nas to codzienność. Życie w poczuciu zagrożenia stało się częścią naszej rzeczywistości… Ale obecna sytuacja jest inna. Bombardowania są znacznie częstsze i bardziej intensywne. Ludzie są zmęczeni ciągłym przesiedlaniem się. Wielu mówi po prostu: „Chcę żyć w swoim domu i umrzeć w swoim domu”. Z niektórych dzielnic miasta ludzie musieli się ewakuować, część domów została zniszczona, nie wszędzie można się swobodnie przemieszczać.


Czy możecie liczyć na wsparcie państwa lub wojska?
E.B.: Nie ma tam obecnie żadnej realnej obecności państwa. Pomoc organizowana jest głównie przez Kościół, organizacje pozarządowe i komórki kryzysowe w Bejrucie. Bardzo ważną rolę odgrywa również przedstawiciel Watykanu. Bez jego wsparcia sytuacja byłaby znacznie trudniejsza. Ale nawet to nie gwarantuje pewności. Kilka tygodni temu nuncjusz papieski, mimo, iż posiadał wymagane pozwolenia, zaledwie 10 kilometrów przed miejscowością Debl niedaleko Ain Ebel został zatrzymany i odmówiono mu wjazdu do miasta. Czekał w samochodzie przez sześć godzin. Miał pozwolenie na piśmie, zatwierdzane i opatrzone pieczęcią. Nie są to ustne zgody. Mówimy tu o reprezentancie papieża. A mimo to – to nic nie znaczyło.

Jak dziś wygląda codzienne życie w Ain Ebel?
E.B.: Wciąż jest tam nasz ksiądz i siostry zakonne. Ludzie starają się zachować normalność. Jak wspomniał Joseph, w mieście zmniejszyła się przestrzeń, więc ludzie żyją bardziej razem. Spotykają się przy ratuszu, tam rozdają pomoc humanitarną. Zawieszono nauczanie stacjonarne, a zajęcia szkolne przeniesiono do sieci. Obecnie dostęp do internetu w Ain Ebel jest odcięty, z wyjątkiem kilku miejsc – takich jak plac przy kościele – gdzie uczniowie gromadzą się, aby złapać sygnał i uczestniczyć w zajęciach. Nasze dzieci wysyłają dziś wiadomość do całego świata: nic nas nie powstrzyma. Chęć życia i nauki zawsze będzie silniejsza niż jakiekolwiek okoliczności. Ale bombardowania nie ustają. Trudno normalnie żyć, kiedy każdego dnia słyszy się eksplozje i nie wiadomo, co wydarzy się jutro. Dlatego ludzie starają się jak najbardziej normalizować życie w oparciu o swoją wiarę. Obchodzili Niedzielę Palmową, świętowali Zmartwychwstanie. Gdy ktoś umiera, organizują normalne pogrzeby. Nadal żyją tam jako chrześcijańska wspólnota parafialna.


Gdybyście mieli podsumować – czego dziś najbardziej potrzebują mieszkańcy Ain Ebel?
E.B.: Przede wszystkim bezpiecznego przejścia dla pomocy humanitarnej. Jeśli chcemy ustalić priorytety, to na pierwszym miejscu musi być bezpieczne przejście. Mamy lekarstwa, które czekają w chłodni na możliwość przewiezienia ich do Ain Ebel. Miasto potrzebuje paliwa, lekarstw i wody. W mieście jest studnia, ale to woda służąca do nawadniania i kąpieli. Cóż za smutny paradoks – w Libanie, gdzie mamy dziesiątki rzek, pijemy wodę butelkowaną, niestety. Musimy ją transportować ciężarówkami. Według naszych obliczeń potrzeba 5 litrów wody na jeden dzień dla rodziny. Jedna ciężarówka z wodą kosztuje od 850 do 1000 dolarów.
J.A.: Potrzebujemy również stabilnego, długofalowego wsparcia. Nie jednorazowej pomocy, ale partnerów, którzy będą z nami przez kolejne miesiące. Chcemy budować sieć wsparcia opartą na solidarności i wierze, żeby niezależnie od tego, co się wydarzy, nasi ludzie nie zostali sami. Jeśli wybuchnie poważniejsza wojna w innej części świata, większość organizacji międzynarodowych przenosi się właśnie tam. Dlatego wyciągamy wnioski z naszych doświadczeń i tworzymy sieć wsparcia.
E.B.: Nie chcemy być tylko kolejnym nagłówkiem w wiadomościach. Odczuwamy ból. Ale determinacja w połączeniu z naszą wiarą są częścią naszego DNA jako chrześcijan z Galilei. Chcemy chronić naszych ludzi i nasze życie. Dziękuję.

Dziękuję za rozmowę.