W Domu dla Dziewcząt Świętego Franciszka w Cochabambie wydarzyło się ostatnio kilka małych rzeczy, które razem zrobiły naprawdę dużą różnicę.
Popołudniowy przyjazd samochodu wiozącego poranne zakupy wywołał ogromną ekscytację wśród dziewczynek. W sklepie z AGD kupiliśmy jedną z największych pralek dostępnych w magazynie – o ładowności aż 20 kilogramów. Ciekawskie oczy dzieci śledziły każdy krok panów, którzy pralkę przywieźli, przenieśli do pralni i podłączyli.
Chwilę później siostra Anna rozpoczęła szkolenie z obsługi urządzenia i tłumaczenie zasad jego działania. Dziewczynki robiły wielkie oczy – dotąd dla całego domu dziecka, w którym mieszka około 60 wychowanek, dostępna była tylko jedna mała pralka. Służyła wyłącznie do prania pościeli, a ubrania osobiste dziewczynki musiały prać ręcznie.
Teraz ta sytuacja trochę się poprawi. Trochę – bo nawet tak duża pralka to wciąż za mało wobec potrzeb tak licznej społeczności. Jest też druga strona tej historii: Siostry Sercanki, które opiekują się Domem dla Dziewcząt Świętego Franciszka, nie chcą, by dzieci żyły „ponad stan”…, czyli ponad standardem, jaki panuje w ich domach rodzinnych, gdzie ręczne pranie jest czymś zupełnie normalnym.
Ale to nie koniec dobrych wiadomości z Boliwii. W Cochabambie pojawiły się także nowe krzesła i stoły w jadalni, pełniącej jednocześnie funkcję sali nauki.
Od kilku lat zapraszamy Padrinos Adopcji Miłości i Adopcji Nadziei na wolontariat misyjny w Boliwii. Takie wyjazdy dają Rodzicom Adopcyjnym możliwość poznania realiów życia swoich podopiecznych „z pierwszej ręki”. Wspólne chwile, relacje, wspomnienia – to owoce niemierzalne, ale bezcenne.
Są jednak także bardzo konkretne, materialne efekty tych spotkań, widoczny ślad obecności osób, którym los boliwijskich sierot leży głęboko na sercu. Podczas ostatniego wolontariatu jedna z Adopcyjnych Mam poruszyła temat wymiany mocno sfatygowanych, nienadających się już do odnowienia krzeseł i stołów w jadalni.
Warto dodać, że to pomieszczenie jest intensywnie użytkowane od rana do nocy: służy nie tylko do spożywania posiłków, ale także do nauki i odrabiania lekcji. Od momentu budowy sierocińca, ponad 30 lat temu, Siostry Sercanki nigdy nie miały funduszy na remonty, a tym bardziej na wymianę mebli. Widok starych wystarczył jako argument – decyzja mogła być tylko jedna.
Dziś 36 nowych krzeseł i sześć długich stołów służy dziewczynkom z Cochabamby. To one najbardziej doceniają tę zmianę: nie zahaczają już ubrań o zniszczone rogi, mają więcej miejsca, siedzą wygodnie przy stołach, które nie bujają się na każdą stronę. I na nowo odkrywają starą prawdę, że radość naprawdę kryje się w małych rzeczach. Łączny koszt zakupu nowych krzeseł i stołów wyniósł 11 000 złotych.

