Ksiądz Łukasz Grzejda SCj od dwóch lat posługuje w Chile. Wyjazd na misje był jego pragnieniem od czasów nowicjatu, ale rzeczywistość, którą zastał w Santiago, różniła się od wcześniejszych wyobrażeń. Zamiast rozpoczynać wszystko od początku, wszedł w dzieło tworzone przez pokolenia misjonarzy. W rozmowie opowiada o Kościele w Chile, wyzwaniach życia w innej kulturze, roli świeckich oraz o tym, że misja często oznacza przede wszystkim wierną i codzienną obecność przy ludziach.
Dla tych, którzy Księdza nie znają – jak Ksiądz chciałby się przedstawić?
Nazywam się ks. Łukasz Grzejda i należę do Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca Jezusowego. Święcenia kapłańskie przyjąłem w 2010 roku, więc w tym roku mija 16 lat. Po święceniach pracowałem w parafii w Krakowie, a następnie przez rok przebywałem w Rzymie na kursie dla formatorów. Po powrocie do Polski zostałem skierowany do nowicjatu i seminarium, gdzie pełniłem posługę formatora i wychowawcy. Później przez cztery lata pracowałem w parafii w Lublinie. Następnie przełożeni skierowali mnie na misje do Chile. Obecnie mieszkam w Santiago de Chile, gdzie posługuję w naszej sercańskiej parafii, a także jestem kapelanem w kolegium – szkole prowadzonej przez nasze zgromadzenie.
Czy pragnienie wyjazdu na misje towarzyszyło Księdzu od początku kapłańskiej drogi?
Pragnienie wyjazdu na misje pojawiło się już w nowicjacie. Przyjeżdżali wtedy misjonarze, którzy opowiadali o swojej pracy i dzielili się doświadczeniami z posługi poza Polską. Początkowo myślałem o Afryce, bo właśnie o niej najczęściej słyszeliśmy. Z czasem jednak wielu polskich misjonarzy wracało stamtąd, ponieważ w wielu miejscach było już coraz więcej miejscowych księży.
Kiedy pojawiła się myśl o Chile?
Podczas mojego pobytu w Rzymie odbywało się spotkanie przełożonych naszego zgromadzenia z całego świata. Prowincjał z Chile zapraszał wtedy księży z Polski do pomocy na misjach. Pomyślałem, że być może właśnie tam Pan Bóg mnie woła. Napisałem prośbę o wyjazd, ale po powrocie do Polski musiałem uzbroić się w cierpliwość. Od złożenia pierwszej prośby minęło jedenaście lat, zanim przełożeni uznali, że moja posługa w Chile jest potrzebna.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, ma Ksiądz poczucie, że lata posługi w Polsce były przygotowaniem do misji?
Myślę, że tak. Dzisiaj widzę, że wszystkie wcześniejsze doświadczenia – zarówno duszpasterskie, jak i formacyjne – tworzą spójną całość. Dzięki nim mogę dziś służyć innym tym, czego sam wcześniej się nauczyłem i doświadczyłem.
Jak zaczęła się obecność Sercanów w Chile?
Sercanie są obecni w Chile od lat 50. XX wieku. Początki tworzyli głównie misjonarze z Holandii, którzy objęli jedną parafię i założyli dwie szkoły. Z czasem dołączali kolejni współbracia, a zgromadzenie rozwijało swoją działalność, obejmując następne parafie. Współpracowaliśmy także z misją w Argentynie, gdzie posługiwali m.in. Włosi. Wyzwaniem okazał się jednak brak miejscowych powołań. Chilijskich Sercanów było niewielu, a holenderscy misjonarze z biegiem lat zaczęli wracać do ojczyzny lub odchodzili do Pana. W efekcie wspólnota stopniowo się zmniejszała.
Czy dlatego zaczęto zapraszać misjonarzy z innych krajów?
Tak. Około 2013 roku zaproszono kolejnych misjonarzy, nie tylko z Polski. Przez pewien czas sytuacja się poprawiła – objęliśmy nową parafię w Valdivii i nadal prowadziliśmy szkoły. Później przyszła pandemia, która mocno wpłynęła na naszą wspólnotę. Część misjonarzy wróciła do swoich krajów, a niektórzy kandydaci do życia zakonnego zrezygnowali z tej drogi. Kiedy przyjechałem do Chile 5 września 2024 roku, było nas pięciu księży. Dołączyłem jako szósty. Dziś mieszkamy i posługujemy w trzech wspólnotach przy parafiach.
Jak Ksiądz wspomina dzień przyjazdu do Chile?
Do Chile dotarłem późnym wieczorem. Na lotnisku odebrali mnie dwaj współbracia i zawieźli do domu. W pokoju czekała na mnie kartka z napisem po polsku: „Witamy w domu”. To jeden z tych momentów, które szczególnie zapadły mi w pamięć. Od początku czułem się tam dobrze. Nie towarzyszył mi lęk ani niepewność, raczej poczucie, że zostałem serdecznie przyjęty. Podobnie było później w parafii, w której posługuję do dziś. Mieszkam z dwoma współbraćmi, którzy są ode mnie znacznie starsi. Jeden pochodzi z Holandii, drugi z Luksemburga, obaj mają ponad osiemdziesiąt lat. To dla mnie ogromne wsparcie. Dzięki swojemu doświadczeniu i znajomości miejscowej rzeczywistości wiele mnie uczą. Czasem żartuję, że jestem uczniem przy dwóch mistrzach.
Ameryka Łacińska często kojarzy się z żywą religijnością. Jak dziś wygląda Kościół w Chile?
Myślę, że katolicyzm w Chile stopniowo słabnie. Jeszcze niedawno mówiło się o Chile jako o kraju katolickim, ale w ostatnich latach liczba osób utożsamiających się z Kościołem wyraźnie spada.
Dokąd odchodzą ci, którzy opuszczają Kościół?
Część po prostu odchodzi od wiary i żyje tak, jakby Boga nie było. Inni przechodzą do wspólnot protestanckich, które w ostatnich latach zyskują na popularności. Jednocześnie dostrzegam jeszcze jedno zjawisko. Niektórzy po pewnym czasie zaczynają tęsknić za Kościołem Katolickim. Być może wcześniej szukali czegoś nowego, ale z czasem odkrywają, że potrzebują większej głębi. Pojawiają się pytania o powrót do Kościoła i rzeczywiście zdarzają się takie powroty. Nie jest to zjawisko masowe, ale można je zauważyć.
To zjawisko dostrzega Ksiądz głównie w Santiago czy także w innych częściach Chile?
Przede wszystkim mogę mówić o Santiago, bo tam żyję i pracuję. To ogromna metropolia licząca około siedmiu milionów mieszkańców, czyli mniej więcej jedną trzecią ludności całego Chile. Miałem okazję kilka razy wyjechać poza stolicę, między innymi w okolice pustyni Atakama. Były to jednak krótkie wyjazdy, więc trudno mi oceniać, jak wygląda tam codzienne życie wiary. Byłem także na południu kraju, w Araukanii. To region spokojniejszy, mniej zurbanizowany, gdzie mieszka społeczność Mapuczów – rdzennych mieszkańców Chile. Zachowali oni własny język, kulturę i silne poczucie tożsamości, które pielęgnują również w swoich szkołach. Formalnie są obywatelami Chile, ale jednocześnie dbają o swoją odrębność.
Jak wygląda Księdza codzienna posługa w Santiago?
Posługujemy w parafii, do której oprócz kościoła należą także cztery kaplice dojazdowe. To było dla mnie spore zaskoczenie, bo z takimi kaplicami kojarzyły mi się raczej odległe miejscowości, a nie środek wielkiej metropolii. Powstały one z myślą o starszych parafianach, którym z biegiem lat coraz trudniej było dotrzeć do kościoła. Dlatego duszpasterze postanowili stworzyć miejsca modlitwy bliżej ludzi.
Jak Chilijczycy przeżywają swoją wiarę na co dzień?
Mam wrażenie, że ich religijność jest mocno zakorzeniona w tradycji. W naszej parafii często widzę osoby, które przychodzą przed kościół, zapalają świecę przy krzyżu i modlą się indywidualnie. Zdarza się też, że ktoś podjeżdża samochodem, zatrzymuje się przed kościołem i modli się, nawet z niego nie wysiadając. To również jest dla nich sposób spotkania z Bogiem i przeżywania wiary.
Przyjechał Ksiądz do Chile z doświadczeniem polskiego Kościoła. Czy łatwo było odnaleźć się w nowej rzeczywistości?
Tak. Z każdym dniem coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że to moje miejsce. Wyjeżdżając na misje, miałem jednak zupełnie inne wyobrażenie. Misjonarz kojarzył mi się z kimś, kto jedzie do Afryki czy Azji, dociera do małych wiosek, buduje kaplice i zaczyna wszystko od podstaw. W Chile zastałem zupełnie inną rzeczywistość. Trafiłem do parafii z dobrze zorganizowanym duszpasterstwem, żywą wspólnotą i ludźmi, którzy od lat tworzyli tam Kościół. Moim zadaniem nie było budowanie czegoś od początku, ale kontynuowanie pracy misjonarzy, którzy byli tam przede mną.
Na ile duszpasterstwo w Chile przypomina to, które znamy z Polski?
Pod wieloma względami jest podobne – są Msze Święte, sakramenty, nabożeństwa i przygotowanie do ich przyjęcia. Różnicę widać przede wszystkim w zaangażowaniu świeckich. W mojej parafii to świeccy katecheci przygotowują wiernych do sakramentów. Mamy również dwóch diakonów stałych, którzy pomagają przy zawieraniu małżeństw, udzielają chrztów i towarzyszą rodzinom po śmierci bliskich. Przy niewielkiej liczbie kapłanów świeccy biorą na siebie znacznie większą odpowiedzialność za życie parafii niż w Polsce.
Co było dla Księdza największym wyzwaniem po przyjeździe do Chile?
Na pewno język, ale nie tylko. Wyzwaniem było również przyjęcie innego sposobu funkcjonowania i podejścia do codzienności. Mam wrażenie, że Chilijczycy często podchodzą do czasu spokojniej niż my w Polsce. Nie zawsze wszystko musi być dokładnie zaplanowane i zrealizowane od razu. Czasem coś uda się zrobić dziś, a jeśli nie – zostanie na później. Dla mnie było to początkowo trudne, bo byłem przyzwyczajony do konkretnego planowania i organizacji pracy. Musiałem nauczyć się większej cierpliwości i elastyczności.
Czyli takie trochę słynne latynoskie „mañana”?
Trochę tak, choć trzeba uważać, żeby nie generalizować. Chodzi raczej o inne podejście do czasu i codziennego rytmu życia. Mówię przede wszystkim o mojej parafii i dzielnicy. Santiago jest bardzo zróżnicowane – są miejsca bardziej nowoczesne, uporządkowane i zamożne, ale są też starsze części miasta, takie jak okolice, w których posługuję. To rejon bliżej centrum, na południe od historycznej części Santiago, który nie został aż tak bardzo zmodernizowany. Jednocześnie jest to miejsce, gdzie wszystko jest dostępne: działa komunikacja, są sklepy i podstawowe usługi. Chile jest krajem dobrze rozwiniętym gospodarczo, dlatego nawet w uboższych dzielnicach wiele osób ma możliwość prowadzenia godnego życia.
Czy jest jakaś szczególna cecha wyróżniająca duszpasterstwo w Chile?
Chyba największą specyfiką jest duża obecność misjonarzy. Obecnie uczestniczę w kursie dla nowych proboszczów. Jest tam około dwudziestu pięciu księży, ale tylko dwóch z nich to Chilijczycy. Pozostali pochodzą z innych krajów. To pokazuje, że Kościół w Chile w dużej mierze opiera się na pomocy misjonarzy.
To może być zaskakujące, bo Ameryka Łacińska często kojarzy się z licznymi powołaniami. Skąd ten problem w Chile?
Powodów jest wiele. Jednym z nich może być sposób patrzenia na przyszłość. Mam wrażenie, że ludzie często skupiają się bardziej na teraźniejszości. Tymczasem droga kapłańska wymaga długofalowego myślenia: przygotowania, planu, gotowości do poświęcenia wielu lat. Być może dlatego tak trudno znaleźć osoby, które chcą wybrać tę drogę.
Czy różnice kulturowe wpływają również na sposób przeżywania wiary i życia moralnego?
Tak, można to zauważyć chociażby w podejściu do spowiedzi. Ludzie nie zawsze mają taką potrzebę regularnego korzystania z tego sakramentu, jak często spotykamy w Polsce. Niektórzy przychodzą raz w roku, inni po dłuższej przerwie. Wydaje mi się, że nie zawsze patrzą na codzienność w kategoriach życia moralnego tak, jak jest to częściej obecne w polskiej kulturze religijnej. Z drugiej strony Chilijczycy mają bardzo silne poczucie relacji i wspólnoty. Duże znaczenie mają dla nich więzi rodzinne, solidarność i wzajemna pomoc. Widać to szczególnie w chwilach trudnych. Kiedy ktoś umiera, na modlitwę przychodzą całe rodziny i wielu znajomych, także osoby, które nie znały zmarłego bardzo blisko. Jest w tym dużo szacunku i troski o drugiego człowieka.
Czy jakieś różnice w przeżywaniu wiary szczególnie Księdza zaskoczyły?
Tak. Pamiętam młodzież przygotowującą się do bierzmowania. Byli to ludzie w wieku około 16–17 lat. Gdy rozmawialiśmy o spowiedzi przed tym sakramentem, zapytałem ich, kiedy ostatni raz byli u spowiedzi. Okazało się, że dla niektórych była to pierwsza spowiedź w życiu. Byłem zaskoczony i zacząłem pytać: „A kiedy była pierwsza Komunia Święta?” Odpowiadali, że kilka lat wcześniej. Pytam więc: „A nie było wtedy pierwszej spowiedzi?” Okazało się, że niektórzy byli ochrzczeni krótko przed pierwszą Komunią i po prostu nie mieli wcześniejszego doświadczenia sakramentu pokuty. Czyli pierwszy raz przystępowali do spowiedzi dopiero przed bierzmowaniem. Podobną sytuację miałem kiedyś w kolegium. Ogłosiliśmy możliwość spowiedzi i przyszedł chłopak z siódmej klasy. Powiedział, że nigdy wcześniej się nie spowiadał. Zapytałem więc, czy był ochrzczony – odpowiedział, że jeszcze nie. Czyli przyszedł jeszcze przed chrztem, myśląc o spowiedzi. Oczywiście wyjaśniłem mu, że nie może to być spowiedź, ale możemy porozmawiać. To pokazuje, że czasami młodzi ludzie dopiero uczą się podstaw wiary. W Polsce dzieci i młodzież mają katechezę w szkole, więc pewne rzeczy są im przekazywane. Tam czasami trzeba zaczynać od podstaw.
Porozmawiajmy o szkole, w której Ksiądz jest kapelanem. Czym właściwie jest kolegium?
To prywatna szkoła katolicka założona i prowadzona przez nasze zgromadzenie. Przez wiele lat była zarządzana przez Sercanów, a także pracowali w niej nasi księża, głównie z Holandii. Gdy z czasem zaczęło brakować misjonarzy, sposób funkcjonowania szkoły się zmienił. Zarządzanie przejęli świeccy dyrektorzy i nauczyciele, a dziś żaden Sercanin nie prowadzi tam zajęć. Moja posługa polega przede wszystkim na byciu kapelanem. Odpowiadam za życie duchowe szkoły: Msze Święte, sakramenty, spowiedź oraz przygotowanie dzieci i rodzin do pierwszej Komunii Świętej. To szkoła, która obejmuje cały proces edukacji – od przedszkola aż po maturę.
Czy kolegium jest szkołą znaną i cenioną w Santiago?
Tak. Kiedy ktoś pyta mnie, jakie dzieła prowadzimy jako Sercanie, często wystarczy wspomnieć o Kolegium Świętego Jana – wiele osób je zna. Szkoła ma dobrą opinię, a jej absolwenci dobrze radzą sobie na egzaminach i dostają się na dobre uczelnie. Jest to szkoła prywatna, ale jednocześnie katolicka. Rodzice i uczniowie wiedzą, że wymiar religijny jest jej ważną częścią. Każda klasa ma raz w roku dzień skupienia, organizujemy Msze przy ważnych uroczystościach, takich jak święto Najświętszego Serca Jezusowego, rocznica powstania kolegium czy rozpoczęcie i zakończenie roku szkolnego. Również nauczyciele mają swoje spotkania formacyjne.
Mam trochę nietypowe pytanie: jak Chilijczycy radzą sobie z wymówieniem Księdza nazwiska?
Nie mogą go wymówić. (śmiech) Naprawdę łamią sobie język. Kiedy ja wypowiem swoje nazwisko, potrafią je jeszcze jakoś powtórzyć, ale kiedy sami próbują je powiedzieć, jest już dużo trudniej. Nie potrafią go zapamiętać.
A czy odkrył Ksiądz w Chile jakąś ulubioną potrawę?
Chyba największym odkryciem nie była konkretna potrawa obiadowa, ale deser – harina tostada, czyli coś w rodzaju prażonej mąki, trochę przypominający bardzo drobną bułkę tartą. Kiedy wymiesza się ją z miodem i doda trochę wody, powstaje bardzo prosty, ale niezwykle smaczny deser. To było dla mnie ogromne odkrycie. Raz uczestniczyłem w odwirowywaniu miodu z pasieki. Ten świeży miód, połączony właśnie z tą mąką i odrobiną wody, smakował wyjątkowo. Chilijczycy używają też tej mąki do jedzenia arbuza. Posypują nim kawałki owocu i to jest przepyszne.
A jeśli chodzi o dania obiadowe?
Bardzo smakuje mi pastel de choclo. To potrawa z mięsem, najczęściej kurczakiem lub wieprzowiną, przykrytym warstwą zmielonej kukurydzy, która nadaje całości lekko słodki smak. Całość zapieka się w glinianym naczyniu i powstaje bardzo charakterystyczna, chrupiąca warstwa na wierzchu. To jest naprawdę bardzo dobre. Drugą potrawą, którą lubię, są sopaipillas. Najczęściej przygotowuje się je zimą. To placuszki przygotowywane z dyni. Można je jeść na słono, na przykład z wędliną czy awokado, albo w wersji słodkiej z chancacą, czyli słodkim syropem z trzciny cukrowej z dodatkiem m.in. skórki pomarańczy. Gdy przychodzi deszczowa pogoda, Chilijczycy bardzo często właśnie wtedy je przygotowują.
To dopiero dwa lata na misjach. Czy ma Ksiądz jakieś misyjne marzenie?
Na ten moment moim planem jest trwać w Chile. Nie myślę o kolejnym wyjeździe. Misja nie zawsze wygląda tak, jak sobie ją wyobrażamy. Nie zawsze chodzi o wielkie dzieła, ale często o zwyczajną codzienną obecność – bycie z ludźmi, sprawowanie sakramentów, towarzyszenie rodzinom i pomoc tam, gdzie jesteśmy potrzebni. Pan Bóg prowadzi człowieka przez różne etapy. Dzisiaj widzę, że wszystkie wcześniejsze doświadczenia – praca duszpasterska w Polsce, formacja, wychowanie młodych zakonników – były przygotowaniem do tego miejsca. Mam jednak takie pragnienie, żeby kiedyś podjąć posługę wśród ludności rdzennej, szczególnie Mapuczów. Na razie jest nas jednak tylko sześciu księży, więc najpierw musimy zadbać o dzieła, które już prowadzimy. Mamy dwóch współbraci po osiemdziesiątym roku życia, którzy nadal posługują w parafiach. To dla mnie piękne świadectwo wierności i ducha misyjnego – być tam, gdzie Pan Bóg nas posłał, aż do końca. Jeśli w przyszłości przybędą kolejni misjonarze i pojawi się możliwość otwarcia nowej placówki, z radością podjąłbym taką posługę wśród Mapuczów.
Dziękuję za rozmowę.

