Misyjne wspomnienia ks. Antoniego Osowskiego SCJ. Na podstawie nagrań ze spotkań ks. Antoniego z wiernymi parafii Dobrego Pasterza w Lublinie opracowała Marta Czajka.
Droga powołania
Urodziłem się w prostej, pracowitej rodzinie. Po ukończeniu szkoły podstawowej myślałem o małym seminarium, ale w domu brakowało pieniędzy. Dlatego wybrałem szkołę mechanizacji rolnictwa. Ukończyłem ją, lecz w zawodzie nigdy nie pracowałem. Dołączyłem do ojca i dwóch braci, którzy byli murarzami. Praca była ciężka, ale uczciwa.
Był też czas, kiedy pracowałem jako listonosz. Mój szwagier wykonywał ten zawód, a ponieważ listonoszy było kilku i mieli długie urlopy, przez pięć miesięcy zastępowałem ich na poczcie.
W tym wszystkim dojrzewało jednak we mnie coś głębszego. Kiedy do naszej parafii przyjechali Sercanie, ks. Wincenty Turek i ks. Jan Góra, i głosili misje, poczułem, że to jest droga dla mnie. Zgłosiłem się do ks. Turka i powiedziałem wprost, że chciałbym zostać kapłanem. Kazał mi napisać podanie. Napisałem je tak, jak potrafiłem. Po dwóch tygodniach przyszła odpowiedź – zostałem przyjęty.
Rodzice nie byli z tego powodu szczęśliwi. Byłem najmłodszy, a to znaczyło jednego mniej do pracy w domu. Ale zgodzili się. Poszedłem. Wstąpiłem do Sercanów.
Przerwa i powrót
Nie miałem jeszcze matury, dlatego zrobiłem ją już w zgromadzeniu, w Tarnowie. Potem rozpocząłem studia filozoficzne. W pewnym momencie poprosiłem jednak przełożonych o rok przerwy, by żyć poza seminarium. Nie było zwyczaju, żeby dawać taką możliwość, więc musiałem podpisać oświadczenie, że występuję ze zgromadzenia. Podpisałem. Wyjechałem do Sokołowa Podlaskiego i tam podjąłem pracę w cukrowni.
Pracowałem spokojnie, aż pewnego dnia wezwał mnie dyrektor. Zapytał, czy byłem księdzem. Odpowiedziałem, że nie, ale byłem w seminarium. Zaproponował mi studia na SGGW w Warszawie – pięć lat nauki i potem pięć lat pracy w cukrowni. To była poważna propozycja, właściwie gotowa droga życia. Nie odpowiedziałem od razu. Powiedziałem, że muszę skontaktować się z rodzicami. Po tygodniu wróciłem – ale nie z odpowiedzią, jakiej się spodziewał. Złożyłem wypowiedzenie z pracy. Wiedziałem, że jeśli pójdę tą drogą, nie będzie już powrotu do powołania.
W tym czasie wiele pomogli mi Księża Salezjanie z Sokołowa Podlaskiego. To oni skierowali mnie do swoich współbraci do Fromborka. Tam przez osiem miesięcy pracowałem przy odnowieniu katedry.
W końcu napisałem do przełożonych z prośbą o powrót. Odpowiedź przyszła szybko: „Wracaj, czekamy na ciebie”. Wróciłem.
Wezwanie na misje
W 1966 roku, w roku milenijnym, złożyłem drugą profesję zakonną. Pierwszą miałem w 1959 roku. Później kontynuowałem studia i rozpocząłem teologię. Po czterech latach, 25 czerwca 1970 roku, przyjąłem święcenia kapłańskie w Krakowie z rąk bpa Romana Groblickiego.
Po święceniach zostałem skierowany na dalsze studia liturgiczne. Trwały one krótko, bo pojawiło się inne wezwanie. Do Polski przyjechał w tym czasie prowincjał z Konga. Po wydarzeniach z lat sześćdziesiątych – rebelii Simba, która przyniosła śmierć 128 misjonarzom i misjonarkom, w tym 26 Sercanom – brakowało tam księży, wiele parafii było pustych. Prosił, żeby ktoś pojechał. Zgłosiłem się.
Było nas trzech. W 1971 roku wyjechałem z Polski na przygotowanie do Francji i Belgii, a w 1972 roku dotarłem do Konga, do Kinszasy.

Pierwsze lekcje misjonarza
Pamiętam ten moment bardzo wyraźnie. Wylądowaliśmy rano, około szóstej. Słońce dopiero wschodziło, ale było już bardzo ciepło. Wysiedliśmy z samolotu i od razu byliśmy spoceni. Wtedy powiedziałem w sercu: „Panie Boże, mam 32 lata. Ty zacząłeś swoją misję w wieku 30 lat i trwała tylko trzy lata. Co będzie, to będzie”.
Miałem wielkie pragnienie nauczyć się języka i wejść w kontakt z ludźmi. Francuski nie wystarczał. Trzeba było poznać lingala i suahili. To nie było łatwe – inna gramatyka, inna struktura myślenia – ale dzięki Bogu nauczyłem się. Po sześciu miesiącach wysłano nas już do pracy misyjnej.
Z Włochem, Danilo, byłem w Basuku, nad rzeką Kwango. Proboszcz powiedział: „Anuanie i Danilo, jedziecie do Brusu na tydzień. Przygotujcie wszystko i wyruszajcie”.
Popłynęliśmy więc pirogą – prostą łodzią wydrążoną z jednego pnia drzewa – do wiosek nad brzegiem rzeki na cały tydzień. W pierwszej wiosce rozglądamy się – coś dla nas przygotowali. Była woda, cukier, sardynki, ale nie było chleba. A my też nie wzięliśmy go ze sobą. Wtedy stało się dla mnie jasne, że owszem, trzeba liczyć na pomoc ludzi, ale przede wszystkim na Pana Boga, bo kiedy On wysyła, to także zaspokaja potrzeby.
To była pierwsza lekcja: misjonarz musi liczyć na Boga. Najważniejsze jest całkowite oddanie się Panu Bogu i zawierzenie Mu, bo na ludzi nie można liczyć. Ludzie są słabi. Mogą dać życie, ale Pan Bóg daje życie i daje coś więcej – daje samego Siebie, aby to życie mogło być kontynuowane.
W cieniu niepokoju i śmierci
Pierwsze doświadczenia były trudne. Pamiętam śmierć mojego współbrata Danilo. Utonął w rzece, gdy płynął pirogą po biskupa. Kierowca i biskup potrafili pływać, on nie. Znaleźli go po czterech dniach, 30 kilometrów dalej. To było dla mnie bardzo mocne przeżycie…
Rebelia Simba nie skończyła się definitywnie w 1965 roku. Przyszło nam posługiwać w czasach niepokojów i walki o władzę. Widziałem, co się działo – przemoc, śmierć, także wśród kapłanów. Rzeka spływała krwią tych ludzi. Misjonarze oddawali życie, bo nie mogli albo nie chcieli wyjechać.
Zostać mimo wszystko
Zostało nas dwóch Polaków – ja i Władek Jadowski – na misji położonej 350 kilometrów od Kisangani. Był jeszcze ksiądz Franciszek z Holandii, miał 73 lata. Dostaliśmy od prowincjała możliwość ucieczki do Kisangani. Mieliśmy samolot niedaleko, mogliśmy odlecieć. Powiedziano nam jasno: jeśli zostajecie, bierzecie odpowiedzialność za swoje życie. „Niech leci François, my zostajemy” – powiedzieliśmy z Władkiem. Świadkiem tej sytuacji był lider tej wioski, protestant. Rozpłakał się i powiedział: „Wy naprawdę nas kochacie”.
Było wiele sytuacji bardzo niebezpiecznych. Do wioski przychodzili rebelianci. Żądali od nas pieniędzy – oddawaliśmy to, co mieliśmy. Żądali jedzenia – w magazynie mieliśmy przygotowane paczki. Wzięli też jeden samochód. Powiedziałem im: „Słuchajcie, ten samochód nie ma hamulców”. Mimo to go zabrali. Nasz lepszy samochód ukryliśmy w plantacji kawy i ten ocalał. Siostry zakonne, które były przy parafii, trzy dni wcześniej wywieźliśmy do wioski w głębi lasu i dzięki temu przeżyły.
Kiedy rebelianci przyjeżdżali, trzeba było z nimi wejść w kontakt – z ludźmi, którzy przecież przyszli, żeby zabijać. Ale oni również mieli serce. Mówiliśmy im: „Słuchajcie, my nie jesteśmy Flamandami ani Belgami, jesteśmy Polakami”. Zabrali co prawda to, co było przygotowane, ale nas zostawiali w spokoju.
Misjonarz jest dla ludzi kimś ważnym. W czasie tamtych trudności i niebezpieczeństw zdarzało się, że ludzie przychodzili i pilnowali nas, byli razem z nami. Można powiedzieć, że mieliśmy jakąś ochronę, ale pierwszą i najważniejszą obroną był Pan Bóg.
To były wyjątkowe czasy. W takich momentach trzeba być bardzo ostrożnym i rzeczywiście zawierzyć się Panu Bogu, bo nigdy nie wiadomo. Człowiek wychodzi rano do kościoła i może już nie wrócić.

Ewangelia życia
Praca misjonarza to oczywiście głoszenie Ewangelii, ale ludzie bardziej zwracają uwagę na życie niż na same słowa. Życiem głosi się Ewangelię bardziej niż słowami, bo słowa ulatują, a czyny pozostają.
W Kongu spędziłem 26 lat. Tam przeszedłem zawał serca. Po operacji w Krakowie wróciłem jeszcze na misje, ale z uwagi na sytuację w Kongu skierowano mnie do Kamerunu. Tam pracowałem kolejne 17 lat. W sumie na misjach w Afryce spędziłem 44 lata. Gdy wyjeżdżałem, miałem 80 lat.
Pamiętam jedno bardzo trudne wydarzenie z Kamerunu. Tam oprócz głównego kościoła miałem co miesiąc do objechania 14 kaplic. Pomagali mi w nich katechiści. To była niedziela, 8 września dokładnie, w Matki Bożej Siewnej. Przyjechałem rano, Pamiętam jedno bardzo trudne wydarzenie z Kamerunu. Oprócz głównego kościoła miałem co miesiąc do objechania 14 kaplic. Pomagali mi w nich katechiści. To była niedziela, 8 września, we wspomnienie Matki Bożej Siewnej. Przyjechałem rano – najpierw miała być spowiedź, potem Msza Święta i spotkanie z katechistami. Ale z samego rana przyszła grupa starszych i powiedziała, żebym nie jechał, bo szykują bunt przeciwko mnie. Inicjatorem był jeden z katechistów. Dlaczego? Domagałem się od nich, żeby jako katechiści żyli zgodnie z nauką Kościoła, a nie w poligamii, która – ze względu na islam – była tam legalna.
Kiedy przyjechałem do wioski na Mszę, zobaczyłem, że coś jest nie tak. Podczas liturgii zaczęły się prowokacje. Widziałem nawet maczety przygotowane na wypadek konfliktu.
Przerwałem Mszę i odjechałem. To była trudna decyzja. Później ludzie przyszli przeprosić. Okazało się, że bunt został zorganizowany przez osoby spoza wspólnoty. Zdecydowałem, że do Adwentu nie będzie w tej wiosce Eucharystii, ale prowadziłem rekolekcje. Ludzie przyszli licznie. Wytłumaczyłem im jeszcze raz, czym jest Kościół i w co wierzymy. To doświadczenie nauczyło mnie, jak ważna jest cierpliwość i prawda.
Mimo wszystko widziałem, że ludzie naprawdę szukają Boga. Przychodzili nie tylko na modlitwę, ale też z codziennymi problemami. Kapłan był dla nich kimś bliskim.
Owoc, który trwa
Powrót z Afryki nie był końcem mojej misji. Pan Bóg dał mi też doświadczyć pracy w Europie – najpierw w Brukseli, potem we Francji, w domu założyciela w La Capelle.
Codzienność we Francji była wymagająca. Parafia, w której pomagałem, obejmowała 42 małe kościoły, oddalone nawet o kilkadziesiąt kilometrów. We Francji prawie każda wioska miała swój kościół. Tak samo robiliśmy w Kongo – w każdej wiosce budowaliśmy kaplice, by w przyszłości mogło powstać coś więcej.
Do dziś utrzymuję kontakt z parafianami z Konga i Kamerunu. Staram się pomagać, jak mogę. Dzięki wsparciu ludzi udało się pomóc młodej dziewczynie, którą ochrzciłem. Miała 23 lata, studiowała medycynę. W wypadku straciła nogę. Udało się zebrać pieniądze na protezę. Dziś może dalej żyć i pracować.
Do Polski ostatecznie wróciłem na stałe w 2020 roku, choć z Afryki wyjechałem już w 2015 roku. Dziś jestem w Lublinie. Wiele osób z mojej rodziny już nie żyje. Patrzę na swoje życie spokojnie.
Jeśli coś mogę powiedzieć na koniec, to to, że misjonarz musi całkowicie zaufać Bogu. Bo słowa przemijają, ale życie – życie zostaje.

Obejrzyj film z fragmentami wypowiedzi ks. Antoniego:

