24 Lutego Misje
4 lata krwawej wojny

Jestem Dominikanką, od 30 lat posługuję w Żółkwi na Ukrainie. Wyjechałam, bo taka była potrzeba. Po wybuchu wojny, gdy mówili: „Wracajcie”, zostałyśmy. Nie mogłyśmy inaczej.


Nauka wolności

Przyjechałam na Ukrainę w 1995 roku, w pierwszych latach po odzyskaniu przez ten kraj niepodległości (oficjalnie stało się to 24 sierpnia 1991 roku). Ukraina właściwie do tej wolności nie była przygotowana. Nagle wszystkie struktury państwowe Związku Radzieckiego przestały istnieć, a nie było jeszcze nowych. Najprostszy przykład: nagle zniknął pieniądz. Dosłownie. Rubel zniknął, zostały jakieś kuponiki nazywane karbowańcami. Nosiło się je w reklamówkach, ponieważ płaciło się w milionach. To był dziwny świat. Tutaj na peryferiach (Żółkiew to małe miasteczko) właściwie obowiązywał tylko handel wymienny. Nie było prądu. Nie było wypłat dla pracowników. Ludzie nie otrzymywali emerytur.

Od tamtej pory minęło niemal 30 lat. Ukraina przed wojną była już krajem nowoczesnym. Może nie tak wysoko rozwiniętym jak państwa członkowskie Unii Europejskiej, ale jednak był to kraj demokratyczny. Miał wszystkie podstawowe instytucje, własną elitę polityczną i pokolenie ludzi wychowanych w wolności. Ludzi, którzy dążyli do samorozwoju, którzy już nie pamiętali, a nawet nie znali Związku Radzieckiego. To była już inna jakość myślenia, oceniania i wartościowania.

I taki był nasz cel, wtedy, w latach 90. – przyjechać tu i mieć udział w tworzeniu społeczeństwa, które jest patriotyczne, ale przede wszystkim prezentuje w swoim życiu jakieś wyższe wartości. System, który minął, pozostawił po sobie spustoszenie duchowe. Kościoła jako takiego, czy raczej Cerkwi Grekokatolickiej (pamiętajmy, że katolicy rzymscy stanowią na Ukrainie zaledwie 1%) oficjalnie nie było. A skoro nie było Kościoła, nie było także katechezy ani przekazywania wiary inaczej niż w sposób niemal tajny – jedynie babcie w domach opowiadały o Bogu.

Kiedy przyjechałyśmy do Żółkwi, to były pierwsze próby odzyskiwania świątyń, gromadzenia ludzi, pokazywania, co to w ogóle jest katecheza. Wtedy to był bardzo misyjny Kościół, budowaliśmy go od zera.
Ta misyjność – mimo że dziś jest to Kościół uformowany, ze strukturami – nadal jest tutaj aktualna. Obecnie, gdy przyjeżdża do nas dużo ludzi ze wschodniej Ukrainy, zupełnie pozbawionej korzeni chrześcijańskich, potrzeba głoszenia Chrystusa i Ewangelii nie maleje. Pytają, kim jesteśmy, dlaczego pomagamy. Nie potrafią tego zrozumieć. W ich mentalności dobroć jest słabością.


„Nauczcie nasze wnuki języka polskiego”

Żółkiew to małe miasteczko, przed wojną liczyło niespełna 14 tysięcy mieszkańców. Myślę, że dziś zostało może dwie trzecie tej liczby. To nasze macierzyste tereny, z których pochodzi matka założycielka, Czcigodna Służebnica Boża Róża Kolumba Białecka. Tu były nasze pierwsze klasztory. W latach 90. naszą pracę zaczęłyśmy właśnie od katechezy.

Budynek kościoła był już odzyskany, ale to była ruina. Mieliśmy księdza z Rygi, który odprawiał Msze Święte. Ludzie byli bardzo chętni do współpracy. Zapytałyśmy, jakie mają oczekiwania. To były osoby po pięćdziesiątce. Usłyszałyśmy: „Nauczcie nasze wnuki języka polskiego, tradycji polskiej i wiary, bo myśmy im tego nie przekazali”.

Żółkiew to właściwie ostatnia miejscowość przed poligonem jaworowskim. Powstał on na terenie, gdzie położonych było ponad 128 wiosek, z których co najmniej 50 z nich pomagało ukraińskim partyzantom. Było to środowisko bardzo nacjonalistyczne, ukraińskie. Ludzie bali się przekazywać polską tradycję dzieciom, żeby nie narazić ich na Syberię czy śmierć. Starsze osoby jeździły do katedry, bo zależało im, żeby ich dzieci i wnuki przystąpiły do Chrztu Świętego i Pierwszej Komunii Świętej. Jednak nie uczyli oni bliskich niczego innego. Przekazywali tylko polskie tradycje i nie tłumaczyli, skąd się one wzięły. Po prostu: tak się robi i już.

To właśnie wtedy narodził się pomysł stworzenia sobotniej szkoły języka polskiego, w której oprócz języka uczyłybyśmy także historii, kultury i geografii Polski. Szkoła od samego początku cieszyła się dużą popularnością. Zaczynałyśmy od siedmiorga uczniów, za chwileczkę było ich już 15. A do końca roku nazbierało się ich około 90. Nie wszystkie dzieci miały polskie korzenie, ale lgnęły do nas, bo czuły, że to nie jest sowiecki sojuz, lecz coś zupełnie innego. Inny sposób traktowania. Inne podejście do dziecka. Tutaj można się było odezwać, porozmawiać z dorosłym jak „równy z równym”.


Nasza sobotnia szkoła działa do dziś. W tym roku szkolnym mieliśmy prawie 180 dzieci. Chętnych jest znacznie więcej, ale nie jesteśmy w stanie przyjąć wszystkich. Uczniowie są podzieleni na dziewięć grup, każda ma dwie godziny języka polskiego i godzinę katechezy tygodniowo. Do dziś opiekujemy się także kolegiatą, w której spoczywają przedstawiciele rodzin Żółkiewskich, Daniłowiczów i Sobieskich. Są to między innymi hetman Stanisław Żółkiewski (fundator Żółkwi) oraz Jakub Sobieski, ojciec Jana III Sobieskiego. Dbamy o ołtarze, o czystość bielizny kielichowej. Kościół ten przed II wojną światową był jedną z trzech najważniejszych świątyń Rzeczypospolitej. Z czasem podjęłyśmy się też opieki nad osobami chorymi i biednymi z naszej parafii. Trudno było nie pomagać, skoro miałyśmy znajomości w Polsce. Jednak naszą pracę najpierw ograniczyła pandemia, a potem wojna, która wszystko zmieniła. Tamten świat przeminął.

24 lutego 2022 roku

Do dzisiaj trudno uwierzyć, że to się dzieje. Poszłyśmy rano na Mszę Świętą i dowiedziałyśmy się z ambony, że jest wojna. Od pewnego czasu wiedziałyśmy, że sytuacja jest napięta, już były jakieś ruchy wojskowe. Same też wywiozłyśmy nasze archiwum domowe za granicę. Nikt nie wiedział, jak to będzie. No i ta informacja w nas uderzyła wtedy z rana. W domu narady, zaraz dzwonił konsulat, czy wyjeżdżamy, czy nam pomóc w ewakuacji. Nasze władze zakonne od razu się z nami kontaktowały.

Byłyśmy we cztery. Trzy starsze siostry i jedna młoda siostra. Same postanowiłyśmy, że najmłodsza ma wyjechać, a my zostajemy. Oczywiście, nie chciała. Ale powiedziałyśmy, że trudno, musi słuchać. Wojna nie jest dla młodych.

Jeszcze tego samego dnia zawiozłam ją na granicę. Stałyśmy 17 godzin w kolejce. Wtedy myślałam, że to długo. Potem życie pokazało, że to bardzo szybko. Miasteczko Rawa Ruska, za którym znajduje się przejście graniczne, było tak zabite autami, że gdybym nie znała topografii tego miasta, pewnie bym z niego nie wyjechała i nie wróciła. Po powrocie opowiedziałam siostrom, co się dzieje. Jaki tłum ludzi jest na tej drodze. Stwierdziłyśmy: „Trzeba gotować barszcz, trzeba jechać do tych ludzi”.

To było tak, jakby ktoś przewrócił stronę w książce, że było jakieś życie i to życie się skończyło. To było zupełnie co innego. Nie było mowy o szkole, o zakupach, o regularnym życiu zakonnym. Po prostu świat z innej planety się rozpoczął w jednym dniu, w jednej chwili.


Zupa dla wszystkich

Mieszkamy przy drodze dojazdowej do granicy, mamy do niej raptem 46 kilometrów. Przez nasze miasteczko biegnie trasa zarówno z Lwowa, jak i z Kijowa do granicy. W tamtych dniach przewijało się mnóstwo przyjezdnych osób w różnym stanie. Nie miało znaczenia, czy są pieniądze, czy nie – i tak niczego nie dało się kupić. W pierwszych tygodniach wojny przestał działać system bankowy. Nie ważne było, kto ile ma pieniędzy i jakim samochodem jedzie. Wszyscy tak samo potrzebowali zupy, chleba i herbaty. W naszych sklepach niczego nie było, wszystko wykupione. Ale jak to w życiu bywa, dla miejscowych zawsze coś się znajdzie. Ci nasi dobrzy ludzie dostarczali nam i chleb, i wodę. Za chleb nie płaciłyśmy w ogóle. Robiłyśmy kanapki i woziłyśmy na granicę.

Pod koniec marca coś trzeba było zrobić, bo tak dalej się nie dało. To był już ponad miesiąc takiego życia. Stwierdziłyśmy, że musimy opanować sytuację, żeby jakoś ocalić się w tym wszystkim. O wznowieniu szkoły jeszcze nie było mowy. Wiedziałyśmy, że już okupacji nie będzie. To była najgorsza niepewność – czy będzie okupacja, czy jej nie będzie, czy te wojska się zatrzymają, czy dojdą do nas. Uczucie paniki to coś okropnego. To jest takie doświadczenie, jakby były dwie rzeczywistości w człowieku. Ciało i rozum działają osobno. Trzeba było na nowo jakoś się scalić, żeby spać i żeby jeść. No i żeby działać jakoś programowo, żeby to nie było aż tak bardzo spontaniczne, że wszystko jedno, czy jest dzień, czy jest noc, trzeba być gotowym i biec z pomocą.

Uchodźcy

Nie wszyscy chcieli jechać za granicę. Na obszarze przygranicznym wszystkie szkoły szybko wypełniły się uchodźcami ze wschodu. Najpierw z Mariupola, potem Berdiańska, Melitopola, Zaporoża. Charków wyludnił się w przeciągu trzech dni, a ci wszyscy ludzie spływali do nas. Podróż trwała wieki. Nie było paliwa, można było tankować tylko po pięć litrów, więc to była taka pielgrzymka od stacji do stacji. Kolejki niesamowite. Trzeba było czekać, aż przyjedzie następna cysterna, żeby znowu te pięć litrów dostać. To były dantejskie sceny. Mnóstwo kobiet za kierownicą, mężczyźni poszli przecież na wojnę. Było bardzo dużo ochotników. Armia nie była w stanie wszystkich przyjąć. Aż na taki napływ nie byli gotowi. Drogi wypełniły się autami z kobietami bez prawa jazdy jadącymi z dziećmi. To w ogóle nie do opisania, co te kobiety wyprawiały na drogach, no ale ratowały się jak mogły…

Ruch na granicy w końcu się unormował i zaczęłyśmy się zajmować uchodźcami. W okolicznych wioskach w czterech szkołach było ich 2,5 tysiąca. Razem z wolontariuszami na paletach woziliśmy do nich pomoc. Szkoły nie były przecież przystosowane do przyjęcia takiej liczby ludzi. Nie było ani łóżek, ani materaców, kołder, koców. Niczego nie było. Nasza Fundacja Sióstr Świętego Dominika dostawała całe tony rzeczy z Europy i z Polski, pakowała to na tiry w Wielkopolsce i przewoziła do Żółkwi. To było 14 tirów w ciągu trzech miesięcy. Do pomocy miałyśmy uchodźców i wolontariuszy, rodziców naszych uczniów, którzy też bardzo ofiarnie odpowiedzieli na nasze prośby. Niektórzy pomagają nam do dzisiaj.


Pomoc

Po wybuchu wojny państwo ukraińskie wypłacało po 2000 hrywien (niecałe 200 złotych) na osobę. Dzieci i osoby niepełnosprawne dostawały po 3000 hrywien (około 300 złotych). Po dwóch latach zostały tylko zapomogi dla inwalidów oraz dla matek samotnie wychowujących dzieci. Emeryci i bezrobotni zostali bez środków do życia. Zamierzeniem było skłonienie ich do poszukiwania pracy. Ale brutalna rzeczywistość jest taka, że co najmniej 40% z nich nie jest w stanie podjąć żadnej pracy. Oni wszyscy potrzebują leczenia, terapii, pomocy w powrocie do społeczeństwa.

„Wszystko od was mamy – od butów, przez bieliznę, do kurteczki. Dziecko też ubrałam u was. Gdyby nie żywność od was, nie mielibyśmy co jeść. Jestem nauczycielką, ale tu nie ma pracy dla nauczyciela. Sprzątam w szkole. To, co wypracuję, płacę za mieszkanie. Na życie i ubranie nic nie zostaje”. Takie historie, to nasz sens. Pomagamy, jak potrafimy. A oni mówią: „Robicie dla nas święto”. Przychodzą do nas po pomoc, a ona jest spakowana w jeden woreczek. Po trzech latach znamy wszystkich z imienia i nazwiska. Wiemy mniej więcej, gdzie mieszkają, jaką mają rodzinę. Zaczepiamy ich troszeczkę, pytamy o zdrowie, o dzieci. Wtedy zaczynają rozmawiać. Okazuje się, że bardzo często jesteśmy jedynymi osobami w tym środowisku, które się nimi interesują. Dla nich ma to ogromne znaczenie, że ktoś w ogóle zapytał ich o rodzinę, o zdrowie, bo: „Przecież ja tu nikogo nie obchodzę”.


Chciałabym sercańskim Darczyńcom powiedzieć, że są wspaniali, kochani i cudowni. Bardzo, bardzo Wam dziękujemy. Jesteście jedynymi, którzy wciąż nam pomagają. Sekretariat Misji Zagranicznych Księży Sercanów jest jedyną organizacją, która nadal regularnie nas wspiera. A ci ludzie, którzy do nas przychodzą, za każdym razem bardzo dziękują, bo wiedzą, że bez Was nie daliby rady. Nie przeżyliby. Bo niestety żadne struktury państwowe się nimi nie interesują. Rzeczywiście jesteśmy jedyną organizacją, która im pomaga. Czyli to Wy, drodzy Darczyńcy, jesteście dla nich jedynym źródłem nadziei i życia. Wiem, że to bardzo trudne, przecież to już czwarty rok wojny i czwarty rok pomagania. Ale prosimy, nie przestawajcie. Żebyśmy przynajmniej tym, którzy nie radzą sobie z traumą, mogli dać nadzieję, że jak już im nic nie wyjdzie i nic nie będzie można załatwić, i nie będzie czego włożyć do garnka, to że jak przyjdą do nas, to coś dostaną. Chociaż tę kaszę i konserwę, by mieli co zjeść.

Trauma wojny

W tej chwili cały czas wydajemy żywność i ubrania. W Żółkwi zostało 700 uchodźców – takich, którzy rzeczywiście tej pomocy potrzebują, bo nadal nie poradzili sobie z utratą majątku. To jest bardzo duża trauma. Osoby starsze najczęściej chorują i to one odchodzą najszybciej. Jest to przykre, ale mamy takie właśnie doświadczenie: bardzo dużo 80-latków nie było w stanie przeżyć tego, że cały dorobek życia przepadł i rodzina się rozjechała po Europie. To było dla nich zbyt traumatyczne i bardzo szybko odchodzili od nas. Organizowałyśmy nawet transporty ciał, żeby byli pochowani z rodziną na swoim cmentarzu. To były trudne momenty…

Niektóre matki, które zostały same z małymi dziećmi, wspaniale sobie poradziły, znalazły mieszkanie, dzieci chodzą do przedszkola. Ale są i takie, które potrzebują pomocy nie tylko psychologicznej, ale i psychiatrycznej. Ich dzieci też właściwie potrzebują terapii… Są ludzie, którzy cały czas żyją nadzieją, że wrócą. Oni jeszcze mają siłę walczyć o siebie. A są osoby, które wiedzą, że już nigdy do domu nie wrócą. One załamują się najczęściej. Wiem, że my też nie jesteśmy już takie same. Przez udział w tych wszystkich przeżyciach, przez to, co nam ludzie opowiadają i pokazują…

Za granicę pojechali ci, którzy mieli jakieś oszczędności, ale też odwagę zaryzykować, mieli w sobie jakiś dynamizm życia. Natomiast u nas zostały osoby z wiosek, które nigdy z nich nie wyjeżdżały. Dla nich zmiana środowiska to jak wyjazd za granicę. Z dala od domu nie potrafią się odnaleźć. Nie mają znajomych, rodziny. Nie ma tylu psychologów ani psychoterapeutów, żeby wytłumaczyć tym ludziom, co się z nimi dzieje, w jakim są momencie życia i jak mogą sobie pomóc. W naszym Kościele Rzymskokatolickim na terenie całej Ukrainy mamy chyba tylko trzech specjalistów, którzy mają doświadczenie, bo sami byli na froncie. Wiedzą, jak to wygląda, jak reagują osoby, które tracą wszystko w jednym momencie. Wszystko się urywa: znajomości, więzi rodzinne, szkoła, praca – wszystko po prostu przestaje istnieć. A człowiek jest jak zawieszony we wszechświecie bez żadnej relacji.


Poczucie transcendencji

Jesteśmy zgromadzeniem rzymskokatolickim i wszystkim otwarcie o tym mówimy. Dla osób ze wschodu to abstrakcja. Trudno powiedzieć, czy ci ludzie mają doświadczenie Boga, ale na pewno jest w nich poczucie transcendencji – przekonanie, że istnieje jakaś siła wyższa. Na wojnie widać to jak na dłoni. Nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie: „Dlaczego mój dom stoi, a sąsiada rozleciał się do samych fundamentów? Dlaczego mój mąż zginął, a sąsiadki żyje, chociaż byli w tej samej brygadzie?”. Trudno przyjąć, że to tylko ślepy los, że wszystko jest przypadkiem. Takie podejście chyba całkiem obdarłoby z motywacji i sensu życia.

Natomiast widać, że osoby, które mają fundamenty wiary, nawet jeżeli od niej odeszły i zapomniały, to wracają. Bardzo mocno widać to wśród żołnierzy. Jak sami mówią, na wojnie nie można być niewierzącym. Jest wiele pięknych świadectw pisanych przez tych mężczyzn siedzących w okopach. Jeden opowiedział, jak będąc jedynym katolikiem, a nawet chrześcijaninem w całym oddziale, siedział z chłopakami w betonowym ukryciu gdzieś pod płytami zwalonego budynku i całą noc uczył ich modlitwy różańcowej. My zawsze wysyłamy im różańce. Często noszą je na szyjach, przyczepiają do kamizelek. Żyją jak żyją, bo takie jest życie żołnierskie. Ale jak są w domu na przepustce, to idą do spowiedzi. Są nawet specjalne szkolenia dla kapłanów, żeby rozumieli, jakie zmiany zachodzą w psychice człowieka, który był na linii boju.

Odwiedziny naszych absolwentów, którzy walczą, są szczególnie trudne. Zawsze im dziękujemy, mówimy, że ich podziwiamy. Dziękujemy za to, że możemy mieszkać w swoim domu. Bo gdyby oni tam nie trwali w tej ziemi, w tych norach wykopanych swoimi rękami, to my byśmy też tutaj nie mogły być, musiałybyśmy stąd uciekać. Oni się wzruszają. My też.

Mamy też taką wioskę – Zwaniwka. Leży w kierunku Doniecka. Ta wioska w związku egzekwowaniem umowy o zamianie granic w 1951 roku była cała wysiedlona z wioski Liskowate koło Ustrzyk Dolnych. Razem ze swoim proboszczem Polacy z mieszanych rodzin również pojechali. Zachowali język, dlatego doskonale nas rozumieją. Chociaż oni uważają, że to my mówimy w ich języku, a nie oni w naszym. No i zachowali wiarę i tradycję. Ta cała wioska przyjechała do nas, tutaj, do Żółkwi. Ci ludzie rzeczywiście mają głęboką wiarę, nie mają żadnych wątpliwości, że całą historią kieruje Pan Bóg. I że tak jak ich ojców wygnali z Liskowatego, tak oni musieli teraz wyjechać z tej swojej Zwaniwki, którą kochali. Piękną wioskę mieli, naprawdę. Piękne domy zbudowane własnymi rękami od zera przez ich rodziców. Piękna cerkiew z klasztorem Ojców Bazylianów. Teraz już mało co zostało. Po prostu jedna wielka ruina. No i oni na to patrzą, widzą, przeżywają. Ale mają nadzieję, że może ten exodus się skończy, że może trafią w końcu do miejsca, które jest dla nich.


Módlcie się za nas

My wszyscy żyjemy dzięki ludzkiej modlitwie. Jak jest bombardowanie Odessy, to znajome małżeństwo – on jest Gruzinem, a ona Żydówką – zawsze dzwoni do nas z prośbą o modlitwę. Może to brzmi śmiesznie, bo oni nie są chrześcijanami, ale wierzą w siłę modlitwy. Wszyscy bardzo jej potrzebujemy. To pierwsze i najważniejsze – proszę wszystkich, żeby się za nas modlili. Nie tylko o sprawiedliwy pokój, ale także o nasze bezpieczeństwo. Żebyśmy jakoś wrócili do normalności po tym wszystkim. Żeby się te bombardowania skończyły. Ludzie w miastach, które są bliżej frontu, całe noce spędzają w piwnicach. Niewiele pragniemy, po prostu takiej normalności. Żeby chociaż się mogli w swoim łóżku wyspać.

„Mieliśmy tak dobrze, a myśleliśmy, że mamy tak źle”. To mówią wszyscy. Niestety tamte czasy już nie wrócą. Każdego dnia modlimy się z dziećmi. Odmawiamy różaniec na początku każdej lekcji. Modlimy się za dobroczyńców, za żołnierzy i za poległych. Was też prosimy o to jedno najważniejsze, o modlitwę.

s. Mateusza Trynda OP

Zdj.: Misje Sercanów i Robert Bąk