Odpowiedź nie kryje się ani w liczbie odwiedzonych sanktuariów, ani w zdjęciach z podróży. Kryje się w spotkaniach, modlitwie i doświadczeniu, które trudno opisać, ale łatwo rozpoznać po powrocie do codzienności.
„Po co pielgrzymować, skoro można pojechać na wycieczkę?” – to pytanie wraca regularnie. Bo przecież trasa podobna: Lyon, Paray-le-Monial, La Salette, Laus, Turyn, Mediolan, Bergamo. Można zobaczyć piękne bazyliki, zrobić zdjęcia z panoramą Supergi, wejść na dach mediolańskiej katedry, spacerować po klimatycznych uliczkach i wrócić do domu z pełną galerią fotografii.
Można.
Ale można też wrócić z czymś, czego nie da się sfotografować.
Nasza „Pielgrzymka do Serca Boga” była właśnie taką drogą. Od pierwszego wieczoru – kiedy po przylocie do Lyonu bardziej niż zwiedzanie liczyło się po prostu bycie razem – aż po ostatnią Mszę Świętą w Bergamo, każdego dnia odkrywaliśmy, że pielgrzymowanie to nie przemieszczanie się między sanktuariami, ale pozwolenie, by Bóg prowadził nasze własne serca.
W Lyonie poznawaliśmy miejsca związane z bł. Pauliną Jaricot. W Paray-le-Monial uczestniczyliśmy w uroczystościach odpustowych ku czci Najświętszego Serca Jezusa – w miejscu, z którego na cały świat popłynęło orędzie o miłości Serca Jezusowego do każdego człowieka. Maryja prowadziła nas później przez La Salette i Laus. W Turynie spotkaliśmy św. Jana Bosko, modliliśmy się przy grobie bł. Pier Giorgia Frassatiego i nawiedziliśmy katedrę z Całunem Turyńskim. W Mediolanie zachwycała architektura, ale równie mocno poruszała pamięć o młodych świętych, którzy pokazują, że Ewangelię można przeżywać również dzisiaj. Każdy dzień miał swoje miejsce na modlitwę, Eucharystię i ciszę. I właśnie te chwile okazały się najważniejsze.
Szczególnym momentem była Eucharystia sprawowana w Paray-le-Monial. Wielką łaską było uczestnictwo we Mszy Świętej, której przewodniczył kard. Pierbattista Pizzaballa OFM, łaciński patriarcha Jerozolimy. Jego obecność była dla nas czymś więcej niż zaszczytem – stała się znakiem duchowej łączności z chrześcijanami żyjącymi na Bliskim Wschodzie, którzy każdego dnia zmagają się z cierpieniem, wojną i niepewnością. To właśnie z jego ust usłyszeliśmy słowa, które wielu uczestnikom szczególnie zapadły w serce: że „w życiu i w miłości trzeba być odrobinę szalonym”, a do Chrystusa możemy przyjść tacy, jacy jesteśmy.
Podczas tej Eucharystii ks. Piotr Chmielecki SCJ złożył na ołtarzu prośby i podziękowania przesłane wcześniej do sekretariatu w ramach „Modlitwy czerwcowej” do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Dzięki temu pielgrzymowaliśmy nie tylko z własnymi intencjami. Do Serca Jezusa zanieśliśmy także troski, nadzieje i dziękczynienia wielu osób, które choć pozostały w swoich domach, duchowo były z nami obecne. To był piękny znak, że pielgrzymka nigdy nie jest tylko sprawą tych, którzy jadą – zawsze niesie ze sobą modlitwę całej wspólnoty.

Agata napisała po powrocie, że pielgrzymka była dla niej przede wszystkim „przepięknym spotkaniem z Panem Jezusem, Maryją oraz z drugim człowiekiem”. Wspomina, że „wspólna modlitwa, dobre słowo i codzienny uśmiech były bezcennymi darami”, a podczas całego wyjazdu czuła się „częścią wielkiej rodziny”. I chyba wielu z nas podpisałoby się pod tymi słowami.
Bo wspólnota nie rodzi się od wielkich wydarzeń. Rodzi się z porannego „dzień dobry”, wspólnego śpiewu w autokarze, modlitwy podczas długich przejazdów, rozmowy przy kolacji, śmiechu i chwil ciszy przeżywanych razem w sanktuariach. Jak napisała Agata: „To właśnie z tych prostych, codziennych momentów rodziła się wspólnota, dzięki której każdy kolejny dzień pielgrzymki stawał się piękną lekcją wiary, wdzięczności i wzajemnej życzliwości”.
„Pielgrzymka do Serca Boga” okazała się również drogą w głąb własnego serca. Agata odkryła, że był to czas, kiedy mogła „odłożyć telefon, „wylogować” z wirtualnego świata i wsłuchać się w świadectwa oraz historie ludzi, których Pan Bóg postawił na mojej drodze”. Czasem właśnie tego najbardziej potrzebujemy – nie kolejnych informacji, ale obecności.
Halina na pielgrzymkę wyruszyła zainspirowana filmem „Najświętsze Serce”. W Paray-le-Monial szczególnie poruszyły ją słowa kardynała Pierbattisty Pizzaballi oraz naszego przewodnika księdza Piotra Chmieleckiego SCJ. Wśród wielu myśli jedna wracała szczególnie mocno: „świat umiera, bo nie wie, że jest kochany”. Inna stawała się zadaniem na powrót: „Wracamy do domów, musimy zanieść miłość Boga tam, gdzie żyjemy. Dziś otrzymaliśmy Serce Jezusa, nie możemy tego daru zatrzymać tylko dla siebie”.
Halina zauważyła również, że przez całą pielgrzymkę jak refren powracały dwa słowa: „Je suis” i „Sacré-Cœur”. „»Jestem« było dla mnie znakiem obecności Pana zarówno w przestrzeni, w której przebywaliśmy, ale także we mnie, w moim sercu. Z kolei »Najświętsze Serce« stawało się najpiękniejszą formą Miłości, w której każdy z nas może odnaleźć to, co najbardziej osobiste”.
To chyba najlepsza odpowiedź na pytanie, dlaczego pielgrzymujemy. Bo pielgrzymka nie jest ucieczką od życia. Jest powrotem do tego, co w życiu najważniejsze.

Kuba przyznaje, że początek nie był łatwy. „Wyjście ze swojej bańki, otwarcie się na nowe osoby i rozmowy z ludźmi, którzy mają zupełnie inne doświadczenia życiowe, było dla mnie wyzwaniem”. Jednak właśnie to okazało się jedną z największych wartości wyjazdu. „Każda rozmowa wnosiła coś nowego, pozwalała spojrzeć na wiele spraw z innej perspektywy i uczyła większej otwartości”.
I dodaje coś, co mogłoby stać się definicją pielgrzymki: „Taka pielgrzymka to coś znacznie więcej niż zwykła podróż czy wycieczka. To czas, w którym zwalniasz, odcinasz się od codziennego pośpiechu i naprawdę jesteś obecny dla innych, jak i dla siebie. Wraca się nie tylko z pięknymi zdjęciami, ale przede wszystkim z poczuciem, że wartościowo można było przeżyć ten czas”.
Może właśnie dlatego z tej pielgrzymki każdy wrócił z inną historią, ale z podobnym doświadczeniem wdzięczności. Wdzięczności za Eucharystię sprawowaną każdego dnia. Za kapłanów, którzy prowadzili nas nie tylko po mapie Francji i Włoch, ale przede wszystkim drogami wiary. Za wspólne modlitwy, śpiew, rozmowy, świadectwa i zwyczajne bycie razem. Za ludzi, którzy – często zupełnie nieświadomie – stawali się dla siebie nawzajem odpowiedzią na wiele pytań.
A może najważniejsze jest to, że pielgrzymka się nie skończyła. Bo jeśli rzeczywiście dotknęliśmy Serca Boga, to teraz pozostaje zrobić dokładnie to, o czym usłyszeliśmy w Paray-le-Monial – nie zatrzymać tego doświadczenia dla siebie, ale zanieść je do swoich domów, rodzin, miejsc pracy i codzienności.


