„Największym naszym problemem jest dziś to, czy w razie nagłej ewakuacji chorego samochód dojedzie do miasta, czy zatrzyma się po drodze. A jeśli poród się skomplikuje? Gdzie urodzi się dziecko?” – pyta siostra Iwona Korniluk FMM, misjonarka posługująca na Madagaskarze.
Siostry Franciszkanki Misjonarki Maryi zwróciły się do nas z prośbą o pomoc w zakupie samochodu dla swojej wspólnoty w Ambohinoarinie – górskiej wiosce liczącej około 10 tysięcy mieszkańców.
Wioska, której nie ma na mapie
Choć Ambohinoarina liczy tyle mieszkańców co niewielkie polskie miasto, próżno szukać jej na internetowych mapach. Domy nie tworzą zwartej zabudowy – są rozsiane po górach, często oddalone od siebie o kilometr lub dwa. Każda rodzina mieszka jak najbliżej swoich pól ryżowych i niewielkich upraw warzyw, które stanowią podstawę utrzymania. Ci bardziej zamożni budują domy z cegły, pozostali wykorzystują glinę, drewno i to, co daje las Na piętrze mieszkają ludzie, pod nimi – zwierzęta.
Na wysokości ponad 1100 m n.p.m. swoją misję od 50 lat prowadzą Siostry Franciszkanki Misjonarki Maryi. Dziś wspólnotę tworzy sześć sióstr – pięć Malgaszek i jedna Polka.
Blisko ludzi
Ich codzienność nie ogranicza się do życia zakonnego. Siostry prowadzą szkołę od przedszkola aż po maturę oraz przychodnię zdrowia. Odwiedzają rodziny rozsiane po okolicznych wzgórzach, modlą się z nimi, rozmawiają, opatrują chorych.
Do niektórych osad idzie się nawet cztery godziny. Droga prowadzi przez pola ryżowe poprzecinane kanałami nawadniającymi. W porze deszczowej błoto sięga kostek i skutecznie spowalnia marsz. Po drodze siostry mijają ludzi dźwigających na barkach worki z ryżem czy wodę.
„Śpimy na siennikach, tak jak położą nas gospodarze, jemy to, co przygotują i cierpimy z powodu tych samych insektów, które, nie robiąc różnicy, gryzą wszystkich. Dzięki temu czujemy prawdziwą więź z ludźmi «lasu», którzy każdego dnia zmagają się z zimnem, głodem i wielokilometrowymi marszami” – opowiada misjonarka.
Każda wizyta w kolejnej wiosce odsłania inny fragment tutejszego życia. Siostry towarzyszą mieszkańcom podczas żniw ryżu, cieszą się z udanych zbiorów, ale są też świadkami malarii, astmy i chorób leczonych ziołami, bo do lekarza jest zbyt daleko. Często konsekwencje takiego leczenia są tragiczne, a powrót do zdrowia trwa miesiącami.

Droga do szpitala
Najbliższy szpital znajduje się w Ambalavao, 45 kilometrów od misji. W Polsce taki dystans to niecała godzina jazdy. Tutaj podróż samochodem trwa nawet pięć godzin. Pieszo – dziewięć. W najgorętsze dni temperatura dochodzi do 50°C. To ogromny wysiłek nawet dla zdrowego człowieka, nie wspominając o osobie chorej.
To właśnie dlatego samochód jest jednym z najważniejszych narzędzi pracy sióstr. Nie służy tylko do przemieszczania się. Jest karetką. Przewozi ciężko chorych, kobiety z komplikacjami porodowymi, dzieci wymagające pilnej pomocy. Dostarcza leki i pozwala dotrzeć tam, gdzie nikt inny nie dociera.
Praca na polach ryżowych odbywa się tu z pomocą byków. To niezbędne, ale niebezpieczne zwierzęta. Wypadki zdarzają się i często kończą się dramatycznie. „Musieliśmy zorganizować ewakuację do szpitala osoby rannej z powodu rozciętych powłok brzusznych – mężczyznę zaatakował byk. Jelita wyszły mu na zewnątrz. Znajomi przytrzymali mu brzuch za pomocą liści bananowca i sznurka, bo nie mieli bandaży…” – opowiada siostra Iwona.
Coraz częściej pomocy potrzebują także rodzące kobiety. W przychodni nie ma aparatu USG, dlatego nie da się przewidzieć wszystkich komplikacji. Kiedy poród się przedłuża albo dziecko jest źle ułożone, liczy się każda minuta.

Prośba o pomoc
Tymczasem samochód sióstr – jeden z dwóch w całej wiosce – ma już 21 lat. Droga do miasta jest pełna głębokich kolein, kamieni i zniszczonych mostków. Niemal każdy wyjazd kończy się kolejną awarią: „Po zjeździe do miasta często musimy zostawić samochód u mechanika, żeby w ogóle był w stanie wrócić na górę” – mówi siostra Iwona.
To rodzi nieustanny lęk. Nie o wygodę, ale o to, czy samochód odpali. Czy dotrze do rodzącej kobiety. Czy zdąży zawieźć ciężko rannego do szpitala.
Na misjach samochód nie jest luksusem. Jest narzędziem ratowania życia. „Dlatego prosimy o pomoc w zakupie tego pojazdu, na który naszej wspólnoty po prostu nie stać, a który jest niezbędnym narzędziem pracy w naszej misji dla tutejszych «leśnych ludzi»”.
Generalny remont starego auta byłby bardzo kosztowny i nie rozwiązałby problemu na długo. Dlatego wspólnota prosi o pomoc w zakupie nowego, niezawodnego samochodu. Jego koszt, wraz z 40-procentowym cłem obowiązującym na Madagaskarze, wynosi 173 000 złotych.

