Wojna sprawiła, że granica pomiędzy działalnością duszpasterską a pomocą humanitarną praktycznie się zatarła. Jeżeli przychodzi człowiek, który nie ma pieniędzy na jedzenie, lekarstwa albo ogrzewanie, pierwszą rzeczą nie jest rozmowa teologiczna, ale konkretna pomoc – pisze ks. Andrei Oleinic SCJ.
Księża Sercanie pracują na Ukrainie w miejscowościach, gdzie katolicy stanowią od 10 do 40% mieszkańców. Nasza działalność obejmuje przede wszystkim: odprawianie Mszy Świętych i sprawowanie sakramentów, głoszenie homilii i katechez, przygotowanie dzieci i młodzieży do sakramentów, odwiedzanie chorych oraz osób starszych i samotnych, pogrzeby i modlitwę za zmarłych, rozmowy duchowe i towarzyszenie ludziom po traumie wojny, pomoc rodzinom znajdującym się w trudnej sytuacji materialnej, organizowanie i rozdawanie pomocy humanitarnej, pomoc osobom przesiedlonym z terenów najbardziej dotkniętych wojną, organizowanie zajęć i spotkań dla dzieci oraz letnich kolonii, współpracę z innymi parafiami, organizacjami charytatywnymi i Kościołem lokalnym.
Wojna sprawiła, że granica pomiędzy działalnością duszpasterską a pomocą humanitarną praktycznie się zatarła. Jeżeli przychodzi człowiek, który nie ma pieniędzy na jedzenie, lekarstwa albo ogrzewanie, pierwszą rzeczą nie jest rozmowa teologiczna, ale konkretna pomoc. Dopiero potem można usiąść, porozmawiać, pomodlić się i zapytać, jak ten człowiek naprawdę się czuje.
Dlatego obecność księdza w czasie wojny oznacza po prostu bycie z ludźmi – również wtedy, kiedy jest trudno, kiedy są alarmy, ostrzał, brak prądu czy lęk o bliskich. Tak rozumiana działalność odpowiada również charyzmatowi zgromadzenia – Sercanie od początku łączą głoszenie Ewangelii z troską o człowieka i odpowiedzią na jego konkretne potrzeby. W czasie wojny ta misja stała się szczególnie widoczna.

Wojna zmieniła Ukrainę praktycznie we wszystkich wymiarach życia. Nie chodzi tylko o zniszczone budynki. Zniszczona została pewna normalność życia.
Oczywiście w wielu miejscach widoczne są bezpośrednie skutki wojny: zniszczone lub uszkodzone domy, mieszkania, szkoły, szpitale, zakłady pracy, sklepy, drogi, sieci energetyczne i inne obiekty infrastruktury. Jednocześnie skala zniszczeń jest bardzo różna w zależności od regionu. Są miejscowości, w których codzienne życie wygląda stosunkowo normalnie, ale są też takie, w których wojna jest obecna praktycznie każdego dnia. Szczególnie dotkliwe są ataki na infrastrukturę energetyczną. Ich skutkiem są przerwy w dostawie prądu, ogrzewania, wody czy internetu.
Przede wszystkim jednak ludzie przestali traktować bezpieczeństwo jako coś oczywistego. Przed wojną człowiek planował życie na wiele miesięcy czy lat. Dzisiaj wiele osób żyje w znacznie krótszej perspektywie: do jutra, do następnego tygodnia, do następnego spotkania z bliską osobą. W codzienności pojawiły się rzeczy, których wcześniej większość ludzi nie musiała brać pod uwagę: alarmy przeciwlotnicze, schrony, możliwość ostrzału, drony i rakiety, przerwy w dostawie energii, problemy z ogrzewaniem, konieczność posiadania zapasów wody i żywności, nieustanna troska o rodzinę, wiadomości o rannych i zabitych, mobilizacja i służba wojskowa, życie z dala od członków rodziny, problemy psychiczne i trauma, a także niepewność dotycząca przyszłości.
Najtrudniejsze jest to, że wojna nie kończy się w człowieku w momencie zakończenia alarmu. Człowiek może siedzieć spokojnie w domu, ale jednocześnie czekać na telefon od syna znajdującego się na froncie. Matka może codziennie zastanawiać się, czy jej dziecko wróci. Żona może żyć miesiącami bez męża. Dziecko może chodzić do szkoły, ale jednocześnie bać się każdego głośniejszego dźwięku. Dlatego wojna jest nie tylko problemem fizycznego bezpieczeństwa. Jest również ogromnym doświadczeniem psychicznym i duchowym.

Wojna spowodowała ogromne ruchy ludności. Miliony Ukraińców opuściły swoje miejscowości. Część wyjechała za granicę, a część przeniosła się do bezpieczniejszych regionów kraju. Jednak w praktyce parafialnej jeszcze ważniejsze od samych statystyk jest to, kto pozostał. W wielu miejscowościach bardzo mocno odczuwa się nieobecność mężczyzn. Wielu z nich służy w wojsku. Niektórzy zginęli, inni zostali ranni albo wrócili z frontu z poważnymi konsekwencjami fizycznymi i psychicznymi. Dlatego można spotkać rodziny, w których przez długi czas praktycznie nie ma ojca, męża czy syna.
Z drugiej strony do niektórych miejscowości przybyli uchodźcy wewnętrzni. Są to ludzie, którzy stracili domy albo musieli opuścić tereny bezpośrednio dotknięte działaniami wojennymi. Sercanie również spotykają takie osoby w swoich parafiach i wspólnotach. Kościół staje się dla nich nie tylko miejscem modlitwy, ale również miejscem pierwszego kontaktu, pomocy i integracji.
Przed wojną głównym rytmem naszego życia był kalendarz liturgiczny i normalna działalność parafialna. Dzisiaj ksiądz musi być jednocześnie duszpasterzem, organizatorem pomocy, kierowcą, osobą odwiedzającą chorych i osoby starsze, a także człowiekiem, który potrafi wysłuchać płaczącą matkę albo żonę żołnierza. Czasami trzeba pojechać z pomocą tam, gdzie sytuacja jest trudna. Czasami trzeba przywieźć żywność, lekarstwa czy inne potrzebne rzeczy. Czasami trzeba odwiedzić rodzinę, która właśnie otrzymała wiadomość o śmierci bliskiego.

Dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek homilie to nie tylko pochylanie się nad fragmentem Ewangelii z dnia, ale także rozważanie tematów przebaczenia, nadziei, cierpienia, śmierci, lęku, sensu życia oraz WYNAGRODZENIA.
Ludzie pytają: „Dlaczego Bóg na to pozwala?”, „Dlaczego zginął mój syn?”, „Jak mam żyć, kiedy mój mąż jest na froncie?”. To są pytania, na które nie można odpowiedzieć jednym zdaniem. Dlatego kapłan musi przede wszystkim być obecny. Czasami najważniejszym duszpasterstwem nie jest nawet powiedzenie wielu słów, ale siedzenie obok człowieka, który płacze.
Solidarność stała się jednym z najbardziej poruszających doświadczeń tego czasu. Wojna pokazała ogromną zdolność ludzi do wzajemnej pomocy. Ludzie dzielą się żywnością, ubraniami, lekarstwami, pieniędzmi i swoim czasem. Pomagają sąsiadom, osobom starszym, rodzinom żołnierzy i przesiedleńcom. W wielu miejscach wolontariusze, parafie, grupy kobiet i młodzieży oraz osoby prywatne organizują pomoc.
Również między kapłanami i parafiami istnieje duża solidarność. Jeżeli jedna parafia otrzyma większą ilość pomocy, stara się podzielić nią z innymi. Jeżeli ktoś wie, że w konkretnej rodzinie brakuje żywności, lekarstw czy opału, próbuje znaleźć rozwiązanie. W czasie wojny szczególnie mocno widać, że Kościół nie jest tylko budynkiem. Kościół to ludzie, którzy potrafią być razem w cierpieniu.

Każda rodzina przeżywa wojnę inaczej, ale można wskazać kilka powtarzających się problemów. Jednym z największych jest rozdzielenie rodzin. Mężczyźni są na froncie, kobiety często same wychowują dzieci, a rodzice martwią się o swoich synów. W niektórych rodzinach wojna oznacza wiele miesięcy albo lat życia bez jednej z najważniejszych osób.
W parafiach są rodziny, które straciły swoich bliskich. Są również osoby, które wróciły z wojny ranne, niepełnosprawne albo z ogromnym bagażem doświadczeń. Kapłan bardzo często spotyka się z tym podczas pogrzebów, odwiedzin i rozmów rodzinnych.
Wojna oznacza również utratę pracy, domu lub źródła utrzymania. Szczególnie trudna jest sytuacja osób starszych, samotnych matek, rodzin wielodzietnych i osób, które musiały uciekać ze swoich miejscowości.
Dzieci są szczególnie wrażliwe na doświadczenie wojny. Dziecko może nie rozumieć polityki ani działań wojennych, ale doskonale rozumie, że tata nie wrócił do domu, że mama płacze albo że w nocy trzeba zejść do schronu. Dlatego jako Sercanie mocno angażujemy się w pomoc dzieciom i młodzieży dotkniętym traumą wojenną. Organizując spotkania, zajęcia, wyjazdy, wspólną modlitwę i zabawę, staramy się dać im choć odrobinę normalności.
Do wielu bezpieczniejszych miejsc przyjechali również ludzie, którzy stracili domy albo musieli opuścić swoje miejscowości. Nie zawsze mają pracę, własne mieszkanie czy bliskich, którzy mogą im pomóc. Kościół stara się pomagać również takim rodzinom. Na zachodzie Ukrainy przykładem jest archidiecezja iwano-frankowska, która wspiera tysiące osób wewnętrznie przesiedlonych. Sercanie również angażują się w tę pomoc.

Dziś ludzie oczekują od księży przede wszystkim obecności. Nie liczą na to, że rozwiążemy wszystkie problemy Ukrainy. Nie jesteśmy w stanie zakończyć wojny ani odbudować wszystkich domów. Ale możemy być z człowiekiem. I właśnie tego ludzie bardzo potrzebują. Ludzie chcą wiedzieć, że Kościół modli się za ich rodziny, za żołnierzy, za rannych, za poległych, za dzieci i za pokój. Modlitwa jest dla wielu osób czymś bardzo konkretnym. Daje poczucie, że nie są sami. W czasie wojny ludzie jeszcze bardziej potrzebują Eucharystii, spowiedzi, namaszczenia chorych i możliwości rozmowy z kapłanem. Szczególnie w momentach granicznych – choroby, śmierci, pogrzebu czy rozłąki – obecność kapłana ma ogromne znaczenie.
Wojna przyniosła również bardzo konkretne potrzeby. To przede wszystkim żywność, lekarstwa, środki higieniczne i opał, ale także pomoc rodzinom wielodzietnym, osobom starszym i przesiedlonym, wsparcie dzieci oraz osób rannych i niepełnosprawnych. Ważnym zadaniem pozostaje również odbudowa miejsc, które zostały zniszczone. Dlatego dziś pomoc materialna jest również formą duszpasterstwa.

Nadzieja. To chyba najważniejsze. Nie chodzi o tani optymizm. Nie możemy człowiekowi, który cierpi, powiedzieć po prostu: „Wszystko będzie dobrze”. Chrześcijańska nadzieja jest czymś głębszym. Oznacza przekonanie, że nawet w cierpieniu człowiek nie jest sam, że Bóg nie opuszcza człowieka, a zło i śmierć nie mają ostatniego słowa. Dlatego zadaniem kapłana jest pomagać ludziom przejść przez ten czas razem z Chrystusem.
Wojna zmieniła Ukrainę, ale zmieniła również sposób, w jaki rozumiemy kapłaństwo i obecność Kościoła. Przed wojną można było myśleć o parafii przede wszystkim jako o miejscu, gdzie człowiek przychodzi na Mszę Świętą, spowiedź, katechezę czy inne nabożeństwo. Dzisiaj parafia musi być również miejscem, w którym człowiek może znaleźć pomoc, bezpieczeństwo, wspólnotę i właśnie nadzieję. Dlatego dla nas, Księży Najświętszego Serca Jezusa, najważniejsze jest, aby nie zostawić ludzi samych. W tym widzimy dzisiaj szczególne znaczenie naszego charyzmatu: być blisko człowieka i pokazywać mu miłość Serca Jezusa nie tylko słowami, ale przede wszystkim konkretną obecnością i czynem.
Nie wiemy, kiedy zakończy się wojna. Wiemy natomiast, że jej skutki będą trwały jeszcze długo po zakończeniu działań wojennych. Odbudowy będą potrzebowały nie tylko domy, szkoły i kościoły, ale również ludzkie serca, rodziny i całe społeczeństwo. Dlatego nasza obecność na Ukrainie jest potrzebna nie tylko dzisiaj. Będzie potrzebna również jutro – podczas odbudowy, pojednania, leczenia ran i przywracania ludziom nadziei.
ks. Andrei Oleinic SCJ

Dziękujemy wszystkim Darczyńcom, Wolontariuszom i Przyjaciołom Misji Sercanów. To dzięki Waszej hojności i zaufaniu od ponad czterech lat wspólnie niesiemy pomoc tym, którzy pozostali na Ukrainie i każdego dnia mierzą się z dramatem trwającej wojny. Na konkretne potrzeby zgłaszane przez naszych misjonarzy z Ukrainy odpowiadamy dzięki funduszom projektu „Ofiara na misje – tam, gdzie najbardziej potrzeba”.

